
— Były za to próbniki Terminusa — odparł Jalo spokojnie.
Latacz przemknął ponad wyspą wulkaniczną o łagodnie dymiącym stożku. Grupa techniczna testowała właśnie jego sprawność. Kin wpatrzyła się weń niewidzącymi oczyma, bezgłośnie poruszając wargami.
— Jalo — mruknęła. — Jalo! Wiedziałam, że skądś znam to nazwisko! Ale przecież próbniki Terminusa miały nigdy nie wrócić…
Beznamiętnie wykrzywił usta w uśmiechu.
— Zgadza się — odparł. — Byłem ochotnikiem. Oczywiście, wszyscy nimi byliśmy. Szalonymi. Statków nie konstruowano z myślą o powrocie.
— Wiem. Czytałam mikrofilmy. No…
— Cóż, żeby to zrozumieć, trzeba wziąć pod uwagę specyfikę tamtych czasów. Wtedy miało to sens. Naturalnie, mój statek też nie wrócił.
Pochylił się do przodu.
— Ale wróciłem ja.
* * *
Ritz był nieoficjalnym miastem, wyrosłym wokół niegdyś pierwszej, a teraz ostatniej Liny. Obecnie nawet miasto było rozbierane na kawałki i przesyłane w górę, do wielkich frachtowców czekających na orbicie. Za miesiąc ostatni pracownicy Kompanii podążą ich śladem, położy się ostatnie pola śniegu, wypuści ostatnie kolibry.
Ich rozmowę w ogrodzie na dachu restauracji przerywały uderzenia i stukot żółtych holowników, wspinających się po Linie dwa kilometry dalej, ciągnących pudła pustych magazynów jak sznury pereł. Wkrótce znikały w chmurach, zmierzając ku szczytowi Liny.
Kin zamówiła owoce gumowca, gęś siodłatą i brezelkę. Przestudiowawszy menu z wielką uwagą, Jalo zamówił ze szczerym niedowierzaniem omlet z jaj ptaka dodo. Teraz wyglądał tak, jakby tego żałował.
Kin obserwowała, jak się do niego zabiera, lecz jej umysł wbrew woli podsuwał przed oczy inne obrazy. Pamiętała dzwonowaty kształt bryły Terminusa z niewielką półkulą systemu podtrzymywania życia pilota na samym czubku. Pamiętała tę przerażającą logikę, która doprowadziła do zbudowania potwornych maszyn.
