
— Czytałam to.
Joel wyczuł ostry ton w jej głosie. Westchnął.
— Jego mikserką jest Nicol Plante. Ona też musiała brać w tym udział. No cóż, kazałem im robić tę wyspę, bo koralowce nie kuszą tak bardzo.
— Wiem. — Kin pomyślała przez chwilę. — Przyślij go do mnie. I ją też. Zapowiada się bardzo pracowity dzień, Joel. Tak to już jest. Kiedy praca dobiega końca, ludzie zaczynają trochę rozrabiać.
— Młodość. Wszyscy tak robiliśmy. U mnie była to para butów w złożu węgla. Niezbyt oryginalne, przyznaję.
— Uważasz, że powinnam mu wybaczyć?
Oczywiście, że uważał. Każdemu wolno było pozwolić sobie na drobny, osobisty wkład w dzieło. Czujniki i tak zawsze to wykrywały. A nawet, gdyby coś przeszło niezauważone, czyż nie można polegać na przyszłych pokoleniach paleontologów, którzy zatuszują sprawę? Hm?
Kłopot w tym, że mogło być wręcz odwrotnie…
— On jest dobry, a kiedyś będzie wielki — powiedział Joel. — Po prostu przytrzyj mu uszu, co?
Kilka minut później Kin usłyszała, jak maszyna zawyła i stanęła. Wkrótce do pomieszczenia wszedł jeden z robotów z sekretariatu, prowadząc przysadzistego młodzieńca o spieczonej na raka skórze oraz chudą, łysą dziewczynę, niemalże nastolatkę. Stanęli, wpatrując się w Kin z mieszaniną strachu i wyzwania w oczach. Koralowy pył z ich ubrań osypywał się na dywan.
— W porządku, siadajcie. Chcecie się czegoś napić? Wyglądacie na całkiem wysuszonych. Myślałam, że w tych machinach jest klimatyzacja.
Młodzi wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
— Fran lubi czuć swoją pracę — bąknęła dziewczyna.
— No dobrze. Ta okrągła rzecz unosząca się za wami to lodówka. Obsłużcie się sami.
Odskoczyli, gdy chłodziarka szturchnęła ich w ramiona, po czym uśmiechnęli się nerwowo i usiedli.
