— Tak jest — potwierdził Hendry. Kin kciukiem wdusiła włącznik.

Jedna ze ścian zamieniła się w ekran, na którym z lotu ptaka ujrzeli szarą skałę, ostro zakończoną kilometrową ścianą z bruzdami warstw. Przypominała jakąś obłędną kanapkę samego Boga. Maszyna warstwowa, oderwana od olbrzymiego urwiska, sunęła w bok. Wyglądało na to, że jeśli jakiś uzdolniony technik nie wyrówna jej linii, geolodzy tego świata odkryją kiedyś niewyjaśniony uskok.

Kamera najechała na obszar w połowie urwiska, gdzie kawał skały został stopiony. Znajdował się tam pomost, z którego schodziło właśnie kilku ubranych w żółte czapeczki robotników. Pozostał jedynie jakiś mężczyzna, który opierał pręt pomiarowy o znalezisko A i uśmiechał się tak szeroko, jakby chciał zawołać — cześć wam, ludziska z Trybunału Kompanii!

— Plezjozaur — mruknęła Kin. — W tej warstwie to bez sensu, ale mniejsza z tym.

Kamera przeleciała nad wykopanym do połowy szkieletem, powiększając koślawe prostokąty u jego boku. Kin pokiwała głową. Wyraźnie widać było trzymany przez bestię transparent.

— „Dość prób z bronią jądrową” — wyrecytowała monotonnym głosem.

Mieli z tym masę roboty. Pewnie całe tygodnie, a potem w główny mózg maszyny musieli wprowadzić bardzo skomplikowany program.

— Jak to odkryliście? — spytała dziewczyna.

Każdy warstwowiec ma urządzenie kontrolne, choć nikt o tym nie wie. Jest ono wmontowane w dziesięciokilometrową szczelinę wylotu właśnie po to, by wyłapywać niewielkie osobiste poprawki, jak pacyfistyczne dinozaury czy mamuty z aparatami słuchowymi. Kontrolka tkwi tak długo, aż znajdzie swoje. Wcześniej czy później, wszyscy robią głupstwa. Każdy obdarzony odrobiną talentu adept inżynierii planetarnej zasiadając za sterami warstwowca, maszyny ze snu, czuje się jak król i w końcu ulega pokusie zabicia ćwieka przyszłym paleontologom. Czasami Kompania wyrzucała ich z pracy, czasem awansowała.



4 из 181