
— Sprytne. Podoba mi się — powiedziała. — Ale jeżeli znów pan zniknie, ustawię tę zabawkę na szeroki promień i zamiotę cały pokój. Gratulacje. Udało się panu mnie zainteresować. A nie jest to łatwe w dzisiejszych czasach.
Usiadł. Oceniła go na co najmniej pięćdziesiąt lat, choć oczywiście mógł być starszy o całe stulecie. Bardzo starzy ludzie poruszali się w pewien charakterystyczny sposób, ale on do nich nie należał. Wyglądał tak, jakby nie spał od kilku lat — blady, łysy, czerwonooki. Miał twarz, którą zapomina się natychmiast. Nawet jego kombinezon był bladoszary. Kiedy sięgnął do kieszeni, uniosła ogłuszacz.
— Mogę zapalić? — spytał.
— Zapalić? — powtórzyła ze zdumieniem. — Proszę. Może się pan nawet podpalić.
Nie spuszczając oka z ogłuszacza, wetknął sobie żółtą rurkę do ust, zapalił, po czym wydmuchnął kłąb dymu.
Ten człowiek, pomyślała Kin, jest niebezpiecznym maniakiem.
— Mogę opowiedzieć o transmisji materii — rozpoczął.
— Tak jak i ja. To jest niemożliwe — westchnęła ze znużeniem. A więc to tak, jeszcze jeden łowca naiwnych. Tyle że potrafił być niewidzialny.
— Kiedyś twierdzono, że lot rakietą w kosmos też jest niemożliwy — wtrącił Jalo. — Śmiano się i z Goddarda, mówiono, że był głupcem.
— Mówiono tak również o wielu głupcach — odparła, odsuwając na moment pytanie, kim był Goddard. — Czy może pan pokazać ten transmiter materii?
— Tak.
— Naturalnie, nie ma go pan przy sobie?
— Nie. Ale mam to — poruszył się i jego lewe ramię zniknęło. — Można to nazwać płaszczem niewidzialności.
— Czy mogę go, hm, zobaczyć?
Skinął głową i wyciągnął ku niej pustą rękę. Kin dotknęła — czegoś. Wyczuła jakby gruby materiał. Odniosła wrażenie, że zarys jej dłoni rozmył się, ale nie była całkiem pewna.
— Zagina światło — stwierdził Jalo, delikatnie wyjmując płaszcz z jej rąk. — Oczywiście, nie można sobie pozwolić na zgubienie go we własnej szafie, tu ma włącznik. Widzi pani?
