
Ben Bova
Wędrowcy
Albo jesteśmy sami we wszechświecie, albo nie jesteśmy; każda z tych możliwości jest zaskoczeniem dla umysłu.
Nic nie jest zbyt piękne, aby było prawdziwe.
Jedyną granicą naszych przyszłych dokonań są nasze dzisiejsze wątpliwości.
KSIĘGA PIERWSZA
PRZYBYSZ Z GWIAZD
ROZDZIAŁ I
Profesor Ramsey McDermott, siedząc na trzeszczącym ze starości, obitym skórą fotelu, przechylił się do tyłu i obojętnie zerknął na zewnątrz przez okno swego gabinetu. Podwórze było wciąż takie samo jak przed pięćdziesięciu laty, gdy ujrzał je po raz pierwszy. Drzewa mieniły się barwami października, studenci śpieszyli na zajęcia wybetonowanymi chodnikami lub siedzieli na murawie w dwu — lub trzyosobowych grupach, pochłonięci poważnymi rozmowami.
Z miłej zadumy wyrwało go delikatne pukanie do drzwi. „To ona” — pomyślał, po czym tak szorstko, jak tylko mógł, zawołał:
— Proszę!
Jo Camerata weszła do zalatującego stęchlizną niewielkiego pomieszczenia, a McDermott na jej widok z trudem ukrył zaskoczenie. „Nie zdawałem sobie sprawy, że jest tak ładna — pomyślał. — Nic dziwnego, że uchodzi jej płazem nawet morderstwo.”
Jo była wysoka, miała ciemne lśniące włosy i dobrze już ukształtowaną figurę śródziemnomorskiej piękności. Była ubrana w nieodzowne u studentów dżinsy i sweter, ale przylegały one do jej ciała w taki sposób, że McDermott poczuł, iż burzy się w nim krew. Jej duże czarne jak węgle oczy były jednak czujne i niespokojne jak u schwytanego w pułapkę zwierzęcia.
