McDermott uśmiechnął się.

— Proszę odłożyć książki i usiąść — polecił jej takim tonem, aby nie miała wątpliwości, że czekają długie skrupulatne przesłuchanie.

Jo usiadła naprzeciw niego na stojącym przy biurku krześle z wysokim oparciem. Przycisnęła do kolan książki, tak jakby mogły ją one obronić. Dopiero teraz, gdy patrzył na nią — tak młodą i ponętną — zdał sobie sprawę, że jego gabinet jest szary od kurzu i niepomiernie zagracony stosami książek i papierów aż ciężkich od wchłoniętego w ciągu dziesięcioleci dymu fajkowego.

Pochylił się nieco do przodu w swym fotelu.

— Słyszałem, że ostatnio jest pani rzadkim gościem na zajęciach.

Jej oczy rozszerzyły się.

— Doktor Thompson powiedział, że to nie szkodzi…

— Naprawdę?

— Tak. Pomagałam mu w obserwatorium… przy tych sygnałach, które niedawno odebrali.

— I z tego powodu opuszcza pani wszystkie ćwiczenia i wykłady — zżymał się McDermott.

— Nie mogę przebywać jednocześnie w dwu różnych miejscach — próbowała się tłumaczyć. — Doktor Thompson prosił mnie, abym mu pomagała.

— Nie mam co do tego wątpliwości. — McDermott sięgnął po fajkę i zaczął się nią bawić, obserwując z satysfakcją, jak jej przestraszone oczy śledzą każdy ruch jego rąk. — Pomagała pani również doktorowi Stonerowi, nieprawdaż?

— Doktorowi Stonerowi? — Uciekła odeń wzrokiem i spojrzała w okno. — Nie… nie bardzo. Pracuję u doktora Thompsona.

McDermott poczuł, że zalewa go fala ciepła na widok jej piersi odznaczających się przez sweter, na widok malującej się w jej oczach bezradności.



2 из 410