
Stoner wiedział, że obecni w sali ludzie są w większości świeżo upieczonymi magistrami, niektórzy doktorami, pracującymi nad dalszą specjalizacją. Regularni pracownicy obserwatorium nie byli jednak wiele od nich starsi; przeważnie mieli skończoną trzydziestkę. Stary McDermott zajmował formalnie stanowisko dyrektora obserwatorium i szefa wydziału, lecz faktycznym bossem był tu Jeff Thompson, który akurat kiwał Stonerowi ręką z najdalszego punktu wyspy biurek, ledwie widocznej w morzu papierów.
— Chcesz tego posłuchać? — zawołał Thompson.
Stoner skinął głową i ruszywszy w jego stronę, przedzierał się między biurkami.
— Panie doktorze! — dobiegł go nagle głos studentki próbującej ująć go za ramię. — Czy mogłabym zamienić z panem kilka słów? Profesor…
— Nie teraz — rzekł Stoner, mierząc dziewczynę chłodnym spojrzeniem.
Thompson był człowiekiem średniej tuszy, o płowych włosach i przyjemnych rysach twarzy, budzących zaufanie. Miał tytuł profesora nadzwyczajnego na uniwersytecie i choć niewiele ustępował Stonerowi wiekiem, cieszył się wielkim poważaniem wśród pracowników obserwatorium. Kiedy mówiono „wielki stary”, było wiadomo, że chodzi o niego, nie zaś o starego McDermotta.
— Teraz słychać wszystko czysto i głośno — powiedział Thompson, gdy Stoner zbliżył się do niego. — Z lekkim uśmiechem na ustach sięgnął ku najbliższemu biurku i spod stosu papierów wyciągnął parę starych, podniszczonych słuchawek. — Prawie ich już nie używamy — dodał usprawiedliwiająco — ale przypuszczam, że zechcesz posłuchać tego, co właśnie teraz odbieramy.
