Stoner wziął słuchawki z jego rąk i obaj podążyli ku jednej z szaf buczących przy ścianie. Ponieważ jego kolega wciąż trzymał w jednej ręce końcówki obu kabli słuchawek, Stoner pomyślał sobie, że muszą wyglądać, jak ktoś wyprowadzający psa na spacer.

Thompson włożył do gniazdka w szafie wtyczki słuchawek i dał Stonerowi znak, by je założył na uszy. Były pękate od wypełniającego je materiału dźwiękochłonnego.

Cały hałas sali ustał w oka mgnieniu. Izolacja dźwiękowa była tak dobra, że Stoner nie mógł nawet usłyszeć słowa z tego, co mówił stojący obok Thompson. Widział tylko, jak poruszają się jego wargi. Nie było też słychać żadnych sygnałów.

— Nic nie słyszę — rzekł po chwili i jego własne słowa zadudniły mu w głowie, tak jakby był chory na zapalenie zatok. — Nic nie dochodzi.

Thompson pokiwał głową i pokręcił parę gałek na drzwiach szafy. Do uszu Stonera dobiegało jakieś zawodzenie, niby hukanie sowy, przybierało coraz wyższy ton, wreszcie stało się piskiem niesłyszalnym dla ludzkiego ucha. Potem Stoner usłyszał niski, syczący, charkotliwy odgłos promieniowania tła — dźwięk miliardów gwiazd i obłoków międzygwiezdnych, zlany w jedną chrapliwą symfonię.

Zaczął potrząsać z powątpiewaniem głową, gdy wreszcie usłyszał to, na co czekał: niskie, basowe dudnienie, tak ciche jak szept, lecz wyraźnie odróżniające się od szumu tła. Stoner skinął głową, a Thompson przekręcił jeszcze bardziej gałkę na konsoli.

Dudnienie stało się na moment głośniejsze, potem stopniowo zanikło, by za chwilę powrócić na ułamek sekundy i znów ucichnąć. Stoner stał odizolowany od hałasu obserwatorium i wsłuchiwał się w pulsujące dźwięki niby w głęboki i powolny oddech jakiegoś drzemiącego giganta.

Zamknął oczy i zobaczył giganta — planetę Jowisz.

Radioteleskop odbierał impulsy energii wysyłane z Jowisza. Impulsy odmierzane jeszcze bardziej precyzyjnie niż rytm metronomu, równie doskonałe, jak wskazania zegara kwarcowego. Sygnały, które nie miały żadnego naturalnego wyjaśnienia.



11 из 410