
Powoli zdjął z głowy słuchawki.
— To jest to — rzekł głośno do Thompsona, tak aby ten mógł go usłyszeć w wypełniającym salę hałasie.
Thompson skinął potakująco głową.
— Tak, to jest to. — Wziął słuchawki z rąk Stonera i przystawił jedną z nich do swojego ucha. — Aha. Tak to w każdym razie brzmi. Regularnie, jak w zegarku.
— Nikt inny nie słyszał tego przedtem?
— Nie. Nic tego rodzaju. Ani z Jowisza, ani z żadnej innej planety. — Thompson wyciągnął z gniazdka wtyczki i rzucił słuchawki na biurko, roztrącając leżące na nim papiery. — To nie jest ani na tej samej częstotliwości, co u pulsarów, ani nie ma takiego okresu. To coś zupełnie nowego.
Stoner pogładził się po swych gęstych, czarnych włosach.
— Co, twoim zdaniem, mogłoby być tego przyczyną?
— Gdybyśmy to wiedzieli, nie sprowadzalibyśmy cię tutaj — odparł Thompson z uśmiechem. — Mam nadzieję, że mi to wyjaśnisz.
Stoner powoli pokiwał głową.
— Ty wiesz, co ja myślę, Jeff.
— Inteligentne istoty?
— Zgadza się.
Thompson rozdął policzki, po czym wypuścił powietrze z ust.
— To wielka sprawa — rzekł.
— Aha.
Stoner, cały pogrążony w myślach, odchodził od biurka Thompsona, kierując się ku schodom prowadzącym do swego gabinetu. W pewnej chwili zrównała się z nim studentka, ta sama, która wcześniej usiłowała z nim nawiązać rozmowę.
— Panie doktorze, czy może mi pan poświęcić chwilę czasu?
Skierował na nią wzrok.
— Oczywiście, panno…
— Nazywam się Camerata. Jo Camerata.
Nie patrząc więcej w jej stronę, wszedł na schody. Jo podążyła za nim.
— Chodzi o profesora McDermotta — powiedziała.
— Wielkiego Maca? Czegóż on chce?
