Jednym z nich był on — Stoner.

Były astronauta, były astrofizyk. Myślał o sobie z goryczą. A na dodatek były małżonek i były ojciec rodziny. Jak to się stało, że on, niegdyś członek ekipy, która zaprojektowała i zbudowała teleskop orbitalny — Wielkie Oko — utknął teraz w podrzędnym radioobserwatorium, sam jak palec, z poborami, które bardziej zasługiwały na miano datku dobroczynnego niż pensji człowieka nauki?

„Ja wam jeszcze pokażę! Pokażę wam wszystkim!” Wiedział, że natknął się na coś niezwykłego. Tak niezwykłego, że przeraziłby się tego sam, gdyby nie determinacja zadziwienia całego świata własnym odkryciem.

Z zadumy wyrwały go zgrzyty i piski dochodzące od radioteleskopu zainstalowanego po drugiej stronie parkingu. Dwudziestometrowa czasza urządzenia, obracając się powoli i z trudem, jak głowa starego artretyka, kierowała się w stronę odległych, lesistych wzgórz.

„Powinni byli już dawno przeznaczyć ten antyk do kasacji… — pomyślał Stoner, obserwując, jak staruszka-antena przy akompaniamencie jękliwych odgłosów zmienia centymetr po centymetrze kierunek w przestrzeni. — Tak jak przeznaczyli do kasacji mnie.”

Antena przypominała ogromną pajęczynę o stalowej ramie i ażurowej okrągłej misie, płytkiej i płaskiej, jak gigantyczna mydelniczka. Jeszcze przed chwilą mierzyła w jakiś punkt wysoko na niebie; wchłaniała fale radiowe emitowane przez jakieś niewyobrażalnie odległe układy gwiezdne.

Stoner zerknął na antenę z grymasem niezadowolenia na twarzy. Denerwowała go myśl, że radioteleskop pracuje równie dobrze w strumieniach słońca, jak w nocnych ciemnościach, podczas słoty i we mgle. Jedynie gromadzący się w czaszy śnieg był w stanie zakłócić jego pracę. Większe i bardziej nowoczesne radioteleskopy były instalowane wewnątrz kopuł geodezyjnych, które chroniły je przed śniegiem. Ten staruszek nie był wart wydatków na takie zabezpieczenie. Technicy wdrapywali się na antenę i zmiatali śnieg miotłami.



8 из 410