Przez chwilę zastanawiała się, czy nie zostawić mu na pliku zdjęć krótkiego listu w tej sprawie, lecz się rozmyśliła. Postanowiła, że poczeka na niego, aż weźmie prysznic, włoży normalne ubranie i przyjdzie do swego biura. Zdecydowała się tak postąpić, nie będąc pewna, czy Stoner ucieszy się z jej wizyty. Była po prostu jedną z anonimowych studentek na posyłki u sławnego doktora Stonera, byłego astronauty, który obecnie pracował w obserwatorium astronomicznym, samotny, nieprzystępny, przystojny, tajemniczy.

„Z pewnością się ucieszy — tłumaczyła sobie samej. — Zauważy mnie. Postaram się, aby mnie zauważył.”


Keith Stoner rozluźnił mięśnie ramion i znów opuścił ręce. Czuł się teraz zmęczony. Jego ciało perliło się drobnymi kropelkami potu spływającymi wzdłuż brwi i piekącymi w oczy. Wiedział jednak, że chłodna popołudniowa bryza szybko przyprawi go o dreszcze, o ile zaraz nie wejdzie pod dach.

Trening nie przyniósł mu upragnionego spokoju. Nic już nie skutkowało w jego wypadku. Nawet tae kwon do, wymagające bardziej dyscypliny duchowej niż sprawności cielesnej. Powinno mu dopomóc w uzyskiwaniu spokoju wewnętrznego i samokontroli. Ale nie pomagało, i Stoner czuł, że płonie gniewem, niepohamowaną pasją stale tlącą się w jego wnętrzu.

„Wszystko skończone — wmawiał sobie po raz tysięczny. — Wszystko przeminęło.”

Opanował się, przybrał postawę „gotowy” i zaraz usłyszał w myślach pełen dezaprobaty głos starego instruktora koreańskiego: „Skoncentruj się! Więcej koncentracji! Jesteś szybki, ale brak ci koncentracji… koncentracji!”

Próbował przestać o tym myśleć, lecz w ciemności, jaka go ogarnęła po zamknięciu oczu, zobaczył teleskop orbitalny. Cały błyszczący i migoczący w ostrym blasku słońca kosmosu, niby fantastyczny klejnot wyczarowany z metalu i migotliwych zwierciadeł, szybujący na tle wiecznie czarnej przestrzeni. A wokół niego rój maleńkich ludzi w skafandrach kosmicznych — niby gromada kapłanów posługujących jakiemuś gigantycznemu srebrnemu bóstwu.



7 из 410