— Mona to ładne imię, a to jest najważniejsze. Cała cywilizacja to tylko smoczek, którym się zatyka usta niemowlęciu zwanemu ludzkością. A poza tym — dodał, uśmiechając się drwiąco — na Księżycu są przecież ludzie.

— Owszem — odparł chłodno Hillary. — Czterech Amerykanów i nieznana, ale niewielka liczba Rosjan. Zanim zaczniemy trwonić miliardy na podróże kosmiczne, powinniśmy zlikwidować nędzę i cierpienie.

— A jednak na Monie są ludzie zmierzający ku gwiazdom.

— Czterech Amerykanów. Mam więcej szacunku dla tego Lonera z Nowej Anglii, który w zeszłym miesiącu wypłynął z Bristolu na swojej łodzi. On przynajmniej nie twierdzi, że od sukcesu jego wyprawy zależy przyszłość świata.

Dai, wciąż patrząc na zachód, wyszczerzył zęby.

— Pal diabli Lonera, ten bezsensowny anachronizm! Pewno dawno utonął i ryby go pożarły. Ale Amerykanie piszą świetne książki fantastycznonaukowe i budują statki kosmiczne niewiele gorsze od radzieckich. Dobranoc, kochana Mono! Wróć z brudną twarzyczką, ale wróć koniecznie.

Rozdział 2

Przez panoramiczny otwór w hełmie wypukłym jak kapelusz grzyba, wciąż do połowy spolaryzowany, żeby chronić oczy przed blaskiem słonecznym, porucznik Don Merriam z amerykańskiego lotnictwa kosmicznego obserwował, jak ostatni kolisty skrawek Słońca, zamglony już przez atmosferę ziemską, znika za solidną płaszczyzną ojczystej planety.

Ostatnie smugi pomarańczowego światła z niesamowitą wprost dokładnością przypominały Donowi, jak w zimie Słońce o zachodzie kryło się w plątaninie czarnych gałęzi nagich drzew nie opodal farmy w Minnesocie, na której Don spędził dzieciństwo.

Odwracając głowę w prawo, w stroną miniaturowego pulpitu sterowniczego, językiem nacisnął guzik, żeby zmniejszyć polaryzację. („Drogi do planet bez atmosfery utorują ludzie i długimi, giętkimi językami” — powiedział kiedyś komandor Gompert. „Może lepiej mrówkojady?” — podsunął Dufresne).



10 из 377