
Na niebie wystrzeliły setki gwiazd — noc na pustyni zwielokrotniona, usiana cekinami. Perlista czupryna Słońca zlewała się z Drogą Mleczną.
Ziemię otaczał czerwony pierścień — światło słoneczne załamane przez gęstą atmosferę planety — który miał pozostać do końca zaćmienia. Pierścień, jaskrawy przy samej skorupie, przygasał o jedną czwartą średnicy Ziemi dalej, ale najjaśniejszy był przy tej krawędzi, za którą przed chwilą znikło Słońce.
Don nie zdziwił się, że środkowy obszar Ziemi jest czarniejszy, niż kiedykolwiek zdarzyło mu się widzieć. W trakcie zaćmienia mleczna poświata Księżyca nie padała na Ziemię.
Don kucał lekko odchylony do tyłu i opierał się na lewej ręce — w tej pozycji lepiej mógł obserwować Ziemię, znajdującą się w połowie drogi do zenitu. Teraz jednak odepchnął się jedną ręką, a ruch ten, dopasowany do ospałej grawitacji Księżyca, wystarczył, żeby mężczyzna wstał. Don rozejrzał się dookoła.
Światło gwiazd i blask pierścienia nadały miedziany odcień ciemnoszarej równinie pokrytej miękkim pyłem sproszkowanego pumeksu i ferrytów magnetycznych.
Ongi, kiedy Cromwellowska Armia Nowego Wzoru rządziła Anglią, Heweliusz nazwał ten krater Wielkim Czarnym Jeziorem. Ale nawet w pełnym świetle Don nie zdołałby ujrzeć ścian Platona. Ten niemal półtorakilometrowej wysokości naturalny, kolisty wat, pięćdziesiąt kilometrów na wschód, północ, południe i zachód od Dona, według kierunków na Księżycu, ukryty był za wygięciem powierzchni Księżyca, powierzchni znacznie bardziej chropowatej niż ziemska.
Ten sam zawężony horyzont przysłaniał dolną część stacji księżycowej znajdującej się zaledwie sto metrów od Dona. Przyjemnie było widzieć między ciemną równiną a polem gwiezdnym pięć małych błyszczących iluminatorów — a obok nich na tle gwiazd zarysy ściętych stożków trzech statków kosmicznych, stojących na trójnożnych podstawach.
