
Rozdział 1
Opowieści o katastrofach i nadprzyrodzonych zjawiskach zaczynają się na ogół od ukazania się w rombie okna twarzy oświetlonej blaskiem Księżyca, od starych rękopisów pokrytych wyblakłym pismem albo od rozlegającego się po pustych wrzosowiskach wycia psa. Ta historia zaczęła się jednak od zaćmienia Księżyca i od czterech nowych, lśniących fotografii astronomicznych, z których każda przedstawiała pola gwiezdne i obiekt planetarny. Tylko że… coś dziwnego stało się z gwiazdami.
W chwili gdy nastąpiło zaćmienie, upłynęło dopiero siedem dni od wywołania pierwszej fotografii. Jedna z nich pochodziła z teleskopu umieszczonego na sztucznym satelicie, a pozostałe z trzech odległych od siebie obserwatoriów. Były to wyryte przez gwiazdy runy najczystszej wiedzy — stanowiły krańcowe przeciwieństwo wszelkich zabobonów, a jednak każda fotografia budziła niepokój w młodym naukowcu, który pierwszy je oglądał.
Patrząc na fotografię widział czarne kropki, które powinny były na niej się znajdować… ale widział też niewyraźne czarne zygzaki, których być nie powinno. Ogarniało go wtedy mgliste poczucie nierealności przybliżające go na chwile do jaskiniowców, czcicieli szatana i ludzi średniowiecza, żywiących lęk przed czarownicami.
Wszystkie cztery fotografie, uznane za dokumenty najwyższej wagi, dotarły do Los Angeles do Dowództwa Projektu Księżycowego przy amerykańskim lotnictwie kosmicznym — siedziby amerykańskich badań Księżyca, które ledwo dorównywały radzieckim i pozostawały daleko w tyle za radzieckimi badaniami Marsa. Toteż Dowództwo Amerykańskiego Projektu Księżycowego ogarnął niepokój, a nawet lęk, choć — jak zawsze kiedy naukowcy stają wobec spraw pozornie nadprzyrodzonych — zbywano go ironicznym śmiechem, dając jednocześnie upust bujnej wyobraźni.
