— Wiesz, że zaćmienie wciąż jeszcze trwa? — szepnęła. Mężczyzna skinął głową.

— A gdyby tak gwiazdy wokół Księżyca zaczęły teraz wirować? — zapytała. — Za czwartą lampą widzę chyba białe światełko — powiedział Paul — poza tym jakieś postacie i niski budynek.

Szli dalej. Niski budynek mógł niegdyś być dużym, prywatnym domkiem plażowym albo siedzibą ośrodka wypoczynkowego. Teraz okna były zabite deskami. Zbliżając się do niego, zobaczyli niski, odsłonięty taras, który dawniej mógł służyć jedynie za parkiet do tańca. Ustawiono na nim kilkadziesiąt składanych krzeseł, z czego tylko ze dwadzieścia pierwszych było zajętych. Krzesła stały zwrócone do morza i do długiego stołu na niewielkim podwyższeniu, które niegdyś stanowiło podium dla orkiestry. Przy stole siedziały trzy osoby. Twarze ich oświetlało małe białe światełko — jedyne oświetlenie, nie licząc zielonej lampy w głębi.

Pierwsza z trzech osób miała brodę, druga, w okularach, była łysa, a trzecia zwracała na siebie uwagę frakiem z białą muszką i zielonym turbanem.

Brodacz coś mówił, ale Margo i Paul byli zbyt daleko, żeby go wyraźnie słyszeć.

Margo ścisnęła Paula za ramię.

— Ten w turbanie to kobieta — szepnęła głośno.

Drobna figurka podniosła się z piasku koło lampy i ruszyła w ich kierunku. Zapaliło się białe światło i w jego blasku ujrzeli dziewczynkę o szczupłej twarzy i jasnorudych warkoczach. Wyglądała najwyżej na dziesięć lat. W jednej, ręce miała plik kartek, palec wskazujący drugiej ręki przyłożyła do ust gestem nakazującym ciszę. Na piersi dziewczynki paliła się niewielka latarka. Mała podeszła zupełnie blisko, wyciągnęła do nich rękę z kartkami i szepnęła:

— Musimy być cicho. Już się zaczęło. Proszę wziąć program.

Na widok Miau oczy się jej zaiskrzyły.



26 из 377