
— O, jest ta dziwka Selena — powiedziała Margo. Paul Hagbolt ukazał się w drzwiach i roześmiał się niepewnie.
— Ty zupełnie serio traktujesz Selenę jak rywalkę — rzekł.
— Do cholery, rywalka to mało. Przecież ona zabrała mi Dona — odpowiedziała stanowczo blondynka. — Zahipnotyzowała nawet Miau.
Na ręku trzymała leżącą spokojnie szarą kotkę, w której zielonych oczach Księżyc odbijał się jak dwie przybrudzone perły.
Paul również skierował wzrok na Księżyc, a właściwie na punkt przy górnym jego brzegu, nad zaciemnionym obszarem Morza Deszczów. Nie mógł dostrzec krateru Platona z amerykańską bazą księżycową, ale wiedział, że powinien znajdować się w polu widzenia.
Margo powiedziała z goryczą:
— Nie dość, że muszę patrzeć na to ohydne cmentarzysko, wiedząc, że tam jest Don, wystawiony na wszystkie niebezpieczeństwa czyhające na tym pustkowiu, ale teraz, kiedy na dodatek pomyślę o tych fotografiach astronomicznych…
— Margo! — żachnął się Paul, oglądając się odruchowo. — To jest nadal tajemnica państwowa. Nie powinniśmy o tym mówić. W każdym razie nie tutaj.
— Przez ten Projekt Księżycowy boisz się własnego cienia. Przecież nic mi prawie nie powiedziałeś…
— W ogóle nic ci nie powinienem był mówić.
— A więc o czym mamy rozmawiać? Paul westchnął.
— Słuchaj — powiedział. — Myślałem, że mamy obejrzeć zaćmienie albo może pojechać na przejażdżkę…
— Ojej, zapomniałam o zaćmieniu! Księżyc jest chyba trochę ciemniejszy. Czy już się zaczęło?
— Na to wygląda — odparł Paul. — Już zresztą czas.
— Co będzie teraz z Donem?
— Nic specjalnego. Przez jakiś czas będzie tam ciemno. To wszystko. Aha, i temperatura wokół bazy księżycowej spadnie o jakieś dwieście pięćdziesiąt stopni.
