
Atrapy imitowały właściwych pasażerów z różną dokładnością. Jedne (przynajmniej swym zewnętrznym wyglądem i zachowaniem) dość wiernie naśladowały żywych ludzi – i te w przejściach lub na ławkach poruszały się całkiem swobodnie. Inne – o powierzchowności uproszczonej w stopniu niekiedy żałosnym – zainstalowane były tutaj na stałe. Manekiny przymocowane do ławek lub do poręczy miały na sobie papierowe ubrania. W kilku skrajnych przypadkach redukcja kształtów nadawała pasażerom wygląd niezdarnie ulepionych figur woskowych lub zmierzała do zachowania tylko samego zarysu ciała.
Drogę z Tawedy do Pial Edin pociąg przebywa w cztery minuty. W tak krótkim czasie ledwie zdążyłem ogarnąć wzrokiem wnętrze jednego wagonu, a już dojeżdżaliśmy do następnej stacji. Z pomostu poprzez szereg otwartych drzwi widziałem w głębi kolejnych wagonów inne przedziały ciasno wypełnione atrapami mężczyzn i kobiet.
Wysiadając w Pial Edin, gdzie znajdowała się moja fabryka, czułem jeszcze zapach sztucznego tworzywa, który unosił się w pociągu. Zaintrygowany niezwykłym widowiskiem poszedłem peronem w stronę tunelu zatłoczonego mieszkańcami kilku osiedli podmiejskich kierującymi się do pracy w pobliskich zakładach. Nikt tu na nikogo nie zwracał szczególnej uwagi. Ruch przebiegał według ustalonego porannego porządku. Mogłem zostać w wagonie i pojechać dalej, chociażby do Dziesiątej
