Ulicy, aby zobaczyć, co tam będzie się działo. Stałem już jednak na peronie, kiedy pociąg – widmo ruszył w kierunku centrum Kroywenu. W oknach oddalających się z rosnącą prędkością migały sylwetki sztucznych pasażerów, których – ze znacznej odległości – trudno było odróżnić od normalnych ludzi.

Przy końcu peronu minąłem budkę telefoniczną. Widok jej nasunął mi myśl, że mógłbym niezwłocznie zadzwonić do Lindy, aby przynajmniej w kilku słowach opisać jej skutki cudu, który przemienił cały pociąg w jego ruchomą makietę. Linda rozpoczynała pracę o dwadzieścia minut wcześniej, więc w tym czasie powinna była już siedzieć przy swym biurku. Niestety, wnętrze budki zajmowała jakaś dziewczyna; tuż obok spacerowała druga, czekając w kolejce do telefonu. Zatrzymałem się przy nich.

Po kilku minutach zniecierpliwiony brakiem zmiany w początkowej sytuacji, zastukałem w szybę. Nie dało to żadnego efektu. Numer wykręcany przez pannę przy automacie miał pewnie kilkadziesiąt cyfr, gdyż po kolejnej minucie dziewczyna nie wybrała go jeszcze do samego końca. Obszedłem budkę z drugiej strony i popatrzyłem na nią uważnie. Wskazujący palec stałej telefonistki tkwił sztywno wtopiony w otworze “ósemki" na tarczy gipsowego aparatu, którą kauczukowa ręka obracała rytmicznie w obie strony. Druga dłoń atrapy stanowiła nierozłączną część słuchawki, ta zaś – masą o barwie ludzkiego ciała – zespolona była trwale z jej lewym uchem. Przy tym wszystkim oczy dziewczyny wpatrywały się przytomnie w tarczę aparatu, a jej żywa twarz to wyrażała skupienie, to znów niecierpliwość, co dawało upiorny efekt.

Odchodząc w stronę swojej fabryki, rzuciłem jeszcze okiem na postać drugiej plastykowej dziewczyny, której buty wygniotły w rozgrzanym asfalcie peronu lekki ślad o kształcie dużej podkowy, znacząc drogę jej wielogodzinnego spaceru i oczekiwania na możliwość przeprowadzenia rozmowy telefonicznej.



4 из 156