
— Brylanty, szlachetne kamienie wielkości twojej pięści. Ludzie kiedyś bardzo cenili brylanty i tan szacunek zaprogramowali w maszynach. Ja również cenię szlachetne kamienie, są źródłem światła, a ja przy pomocy światła steruję światowym parkiem machin. Jestem absolutnym władcą tej planety. No, dawaj te kamienie, szybciej!
Człowiek wydobył z torby to, co nazywał gałązką pokoju. Wyjął dwa brylanty wielkie jak pięści, przymocował do gałązki pokoju sprężynę.
— Oto proca! — zawołał. — Oto brylanty!
Dwa ciężkie kamienie zdruzgotały dwa reflektory. Człowiek oślepił superkomputer. W chwilę później nawiązał kontakt z ludźmi.
— Spójrzcie w niebo — mówił. — Popatrzcie, jak błękitnieje. Chmury nikną. Machiny zatruwały atmosferę. Unicestwiłem superkomputer. Teraz ja jestem władcą świata. Na mój rozkaz otworzą się bramy rajów. Stu, może dwustu ludzi dokona cudu, który przeobrazi naszą planetę w błękitny, życiodajny glob. Ziemię zaludnią miliony nowych, wspaniałych żywych istot.
Czesław Chruszczewski
Różne odcienie bieli
Są takie pociągi, które mają czas i nigdy się nie spieszą. Nie znoszą pośpiechu, najmniejsze nawet przyspieszenie wywołuje opór. Te pociągi wyznają zasadę: „Kto idzie powoli, ten idzie pewnie”. No, właśnie. Nasz pociąg na trasie liczącej dwieście kilometrów zatrzymywał się na trzydziestu stacyjkach. Ósma czy dziewiąta nazywała się Biały Sad. Wyjrzałem przez okno, biały budynek dworca otaczały drzewa obsypane białymi kwiatami jaśminu, wzdłuż białego płotu stały białe ławki, siedziały na nich dziewczynki w białych sukienkach, na podwórku za płotem białogłowa bieliła ściany domu… Ktoś chrząknął za moimi plecami, odwróciłem się, w drzwiach przedziału stał podróżny w białym garniturze, w białych rękawiczkach, w białych butach, w białym kapeluszu z białą wstążką, trzymał białą walizkę i bukiet białych róż, były doprawdy prześliczne. Pociąg ruszył, za plecami podróżnego w oknie pociągu pojawiła się biała chmura i na chwilę znikł z moich oczu stopiwszy się z tłem. Na szczęście wiatr odpędził obłok i znowu zobaczyłem człowieka, co wszystko miał białe, i twarz, i brwi, i włosy, prawie wszystko, bo wpatrywał się we mnie oczami błękitnymi jak niezabudki. W pewnej chwili powiedział:
