
– Co to niby jest? – celnik zapytał kierowcę.
– Nie mam pojęcia – zełgał Rosjanin. – Wrogowie podrzucili… Trzysta metrów niżej, w dół rzeki, Jakub ustawił nieduży wielorybniczy harpun na trójnogu. Wycelował w ukraiński brzeg i wystrzelił. Ostrze pomknęło nad wodą, ciągnąc za sobą stalową linkę. Z ponurym tąpnięciem wbiło się w rosnącą po tamtej stronie wierzbę. Kleszczak wyszedł zza betonowych bloków i odczepiwszy linkę od harpuna, pociągnął w swoją stronę. Zapadł zmierzch. Na granicę wjechał tir. Celnik dłuższą chwilę badał list przewozowy.Kartofle do Doniecka? – zdziwił się. Kierowca poważnie pokiwał głową. Wachman wyjął z kieszeni krótkofalówkę i wywołał posterunek po drugiej stronie. Hej mołojcy – zagadnął po ukraińsku. – Kartofle u was w sklepie są, po ile? – Po jakieś pół hrywny – wyjaśnił Ukrainiec.
– Dzięki – celnik wyłączył nadajnik.
– No, to wyjaśnij mi robaczku taką rzecz – zwrócił się do przewoźnika. – Skoro u nas kartofle są po czterdzieści groszy, a u nich po dwadzieścia, to dlaczego wieziesz je naUkrainę, zamiast od nich do nas? – Ja nic nie wiem – wyjaśnił kierowca. – Kazali to wieżę. – No, to do dzieła – celnik wręczył mu łopatę. – Zwal tonę do rowu, zobaczymy, co masz tam pod ziemniaczkami… Kierowca splunął ponuro.
– Całą tonę.
– Właśnie.
– Calutką?
– Co do kartofla.
– Tyle roboty? – mruknął – To ja się lepiej od razu przyznam… Mercedesa tam w ziemniakach rąbniętego zakopaliśmy… Celnik wystukał numer na komórce.Hrubieszów? Przysyłajcie ekipę, trzeba będzie zapudłować jednego obywatela… Pół kilometra szlaucha sięgnęło akurat od cegielni Kleszczaka do szopy po polskiej stronie.
