
Lecz teraz myślami był gdzie indziej. Przy znalezisku z poprzedniego dnia. Nie dokonał go osobiście — trafił na nie jeden z wolontariuszy, młody student z USA — jednak on był jedyną osobą, która pojęła znaczenie odkrycia. Aż się wzdrygnął, gdy o tym pomyślał. Nigdy wcześniej żaden archeolog nie trafił na tak sensacyjny zabytek, obiekt, zdolny dosłownie wstrząsnąć podstawami cywilizacji. Obłok kurzu zbliżył się, minął rozwidlenie dróg i, zamiast oddalić się w kierunku wioski, podążył ku obozowi. Charles Wilford-Smith odłożył pędzel na otwartą księgę wykopalisk, między jej stronicami zachrzęścił piasek, potem wstał.
Krajobraz wokół obozu zirytował go, jak za każdym razem. Jak okiem sięgnąć płaskimi wzniesieniami rozciągało się rozległe pustkowie, pozbawione oznak życia poza pojedynczymi kępkami suchej trawy, rosnącymi w cieniu większych kamieni. Przydawały one równinie nieco zielonkawego odcienia, przechodzącego na horyzoncie w szarość wiekowych wzgórz, których pierwotną wysokość uszczuplił wiatr, wiejący tu nieustannie od niezliczonych tysiącleci. Mimo to nie miało się poczucia szerokiej przestrzeni. Przeciwnie, człowiek czuł się jakby umieszczony pod soczewką. Niemal fizycznie dotykała skóry kłębiąca się na tej ziemi historia co najmniej trzech wielkich kultur. Każdy kamień, każdy suchy skarlały krzew był przesiąknięty pamięcią krwawych dramatów i bezlitosnych prześladowań, z gór zdawało się dobiegać echo kazań biblijnych proroków, zaś żarliwość niezliczonych modlitw tu wznoszonych przenikała ciało niczym radioaktywne promieniowanie.
