W zamyśleniu zdjął chroniący go przed słońcem kapelusz o szerokim rondzie, który zawsze nosił na wykopaliskach. Mimochodem stał się on czymś w rodzaju jego znaku firmowego, znać było po nim ślady minionych lat. Wyjął chusteczkę, niegdyś białą, i otarł nią pot z czoła i ze skroni, na których siwe włosy przerzedziły się już wiele lat temu.

— Shimon — powiedział półgłosem.

Z sąsiedniej jamy wytknął głowę mężczyzna około pięćdziesiątki, o twarzy okrągłej jak księżyc w pełni, z czupryną kręconych ciemnych włosów i mocnym zarostem. Błyszczące oczy spoglądały nieobecnym spojrzeniem. Patrzyły właśnie w czasy odległe o dwa tysiące lat i z trudem wracały do współczesności.

— Tak?

Wskazał na zbliżającą się chmurę pyłu.

— Mamy gości. — Można już było rozpoznać pojazd, długą ciemną limuzynę, wyraźnie nie przeznaczoną na takie szutrowe drogi. Promienie słoneczne połyskując tańczyły na chromowanych listwach wokół przyciemnianych szyb, gdy wóz podskakiwał na kolejnym z niezliczonych wybojów, kołysząc się przy tym, niby łódź straży przybrzeżnej na wzburzonym morzu.

— Gości? — Shimon podniósł się ociężale i spojrzał na pojazd. — Kto to może być?

— Ktoś ważny.

— Z rządu?

— Zdaje się, że jeszcze ważniejszy. — Założył z powrotem kapelusz i wepchnął chusteczkę do kieszeni spodni. — Nasz sponsor.

— Ach! — Shimon Bar-Lev spojrzał na niego. Pracowali razem od prawie dwudziestu lat. — Sektor czternasty, tak? Chce to zobaczyć. A co ze mną? Będziesz bez końca robił tajemnicę z tego, co ty i ten — jak on się nazywa?

— Foxx — odpowiedział cierpliwie Wilford-Smith. Słaba pamięć Shimona do nazwisk żywych ludzi była przysłowiowa.

— Stephen Foxx.

— No, właśnie. Co ty i ten Foxx znaleźliście?

— Nie, oczywiście, że nie.

— Ale ten człowiek w limuzynie dowie się o tym przede mną?



3 из 543