
Oczernianie jej mogło nie być korzystne dla samej Griseldy, lepiej znaleźć jakieś inne rozwiązanie.
Uśmiechnęła się do siebie. Zawsze miała kogoś, na kogo mogła liczyć. Niezawodna pomoc.
Co tam rywalki, poradzi sobie z nimi sama. Chyba już najwyższy czas uciec się do szczególnych zabiegów.
Wśród środków, które Griselda otrzymała w spadku po matce, znajdowało się coś zupełnie wyjątkowego. Dotknęła lekko dłonią biodra, pod spódnicą wyczuła niewielki skórzany woreczek. Miała sporo podobnych sakiewek, służących jej do bardzo różnych celów. Ta jednak…! Niewiele czarownic na świecie znało tę tajemnicę. A jeszcze mniej zwykłych śmiertelników o niej wiedziało. Kiedy Griselda natarła się zawartością woreczka w określonych miejscach, potrafiła wywołać u mężczyzny stan, przypominający iście zwierzęcą chuć. Człowiek, jako wydelikacone, zdegenerowane zwierzę, utracił zdolność wydzielania woni informujących o swoich popędach, Griselda natomiast posiadała ten zapach, na dodatek w skondensowanej formie. Kiedy miała ochotę na męskie towarzystwo, starała się zostać sam na sam z jakimś panem i zaraz smarowała się w odpowiednich miejscach starą zszarzałą maścią. Zabieg ten zawsze skutkował. Mężczyzna, którego sobie upatrzyła, stawał się niczym zwierzę, widać było wręcz, jak unosząc górną wargę węszy. Z początku Griselda stosowała zbyt duże dawki maści, co niekiedy doprowadzało do sytuacji raczej nieprzyjemnych, mężczyźni usiłowali obwąchiwać ją od tyłu i brać też w tej samej pozycji. Po pewnym czasie jednak nauczyła się odmierzać stosowną dawkę, taką, która wywoływała bardziej wyrafinowane zaloty.
Bardzo się także bała, by w pobliżu nie znalazło się więcej mężczyzn. Przeżyła raz podobną sytuację, stało się to również na początku jej eksperymentów z maścią, musiała co sił w nogach uciekać do domu i zamknąć drzwi na wszystkie spusty, a mężczyźni walczyli pod domem jak wściekłe psy. Walka skończyła się dopiero wówczas, gdy Griselda zmyła z siebie wszystkie, najmniejsze nawet drobiny specyfiku. Czterej mężczyźni potulnie wrócili do własnych domostw, nie rozumiejąc ani trochę, co za diabeł w nich wstąpił.
