
Zrozpaczony Thomas próbował znaleźć jakieś pocieszenie w wierze. Zacni panowie, sędzia, szeryf i pastor, nie mogli wszak aż tak się mylić. Te kobiety musiały być winne, bo czyż pastor nie głosił, że Bóg uraduje się, gdy całe to paskudztwo zostanie wyplenione z Nowej Anglii? Thomas usiłował przekonywać samego siebie, że takie postępowanie jest słuszne, bo zło należy wyrwać z korzeniami. Siedząc w kościelnej ławce, odmówił gorącą modlitwę i podziękował Bogu, że kolejna grzesznica otrzymała karę, ale słowa, które szeptał, głucho rozbrzmiewały w jego głowie, podniósł się więc czym prędzej.
– Chodź, Mary-Lou, odprowadzę cię do domu.
W domu sędziego urządzono przyjęcie, na które zaproszono również Thomasa jako jednego z uczonych mieszkańców miasteczka. Thomas studiował kiedyś filozofię i historię Kościoła, rodzice bowiem pragnęli, by został księdzem. Udało mu się od tego wykręcić, ponieważ nie czuł powołania do sprawowania tej funkcji, i zajął się nauczaniem dzieci zamożnych obywateli.
Krążąc wśród obitych wiśniowym pluszem mebli po salonie z wysokimi eleganckimi oknami, witał się z gośćmi i przyglądał przesuwającym się obok niego twarzom. Oto sędzia Swift i jego opryskliwa żona, ubrana w szary jedwab, dalej pastor żyjący w celibacie, a także sam gubernator i jego sympatyczna małżonka, dzwonnik, również licząca się osoba, choć mniejszej rangi, lecz mająca prawo obracać się wśród najprzedniejszych. Może dlatego, że ma taką młodą i piękną żonę? Wśród zaproszonych znalazł się także lekarz z najstarszą córką. Był wdowcem, lecz córka o przyjemnej buzi śmiało mogła mu towarzyszyć przy takich okazjach. Thomas wiedział, że dziewczyna ma na niego oko, i przywitał się z nią, starając się zachować dystans. Nie chciał, by jej ojcu zaczęły krążyć po głowie dziwne pomysły.
