
Znowu odwiesił rurę. Kaptur nie poruszył się nawet.
— Musimy zatem dowiedzieć się gdzie, kiedy… i oczywiście kogo — rzekł po chwili pierwszy skrytobójca.
Kaptur przytaknął.
Lokalizacji nie ma na żadnej mapie. Chcielibyśmy, aby zadanie zostało wykonane w ciągu tygodnia. To kluczowy warunek. A o kogo chodzi…
Na biurku Downeya pojawił się rysunek, a w głowie pojawiły się słowa: Nazwijmy go Grubasem.
— Czy to żart?
My nie żartujemy.
Nie, na pewno nie, pomyślał Downey. Zabębnił palcami o blat.
— Wielu jest takich, którzy twierdzą, że… ta osoba… nie istnieje — powiedział.
Musi istnieć. Inaczej w jaki sposób rozpoznałby go pan tak szybko? Wielu też prowadzi z nim korespondencję.
— No tak. W takim sensie rzeczywiście istnieje…
W jakimś sensie wszystko istnieje. Nas interesuje raczej zaprzestanie istnienia.
— Odszukanie go może być kłopotliwe.
Na każdej ulicy spotkacie osoby, które podadzą wam jego przybliżony adres.
— Tak, naturalnie — zgodził się Downey. Nie był pewien, dlaczego ktoś chciałby je nazywać „osobami”. Dziwny dobór słów. — Ale, jak pan wspomniał, nie wydaje mi się, by potrafiły wskazać to miejsce na mapie. A gdyby nawet, to w jaki sposób… Grubas… może być inhumowany? Szklaneczką zatrutej sherry?
Kaptur nie miał twarzy, która mogłaby się uśmiechnąć.
Nie zrozumiał pan natury zatrudnienia, zabrzmiało Downeyowi w głowie.
Zjeżył się. Skrytobójcy nie byli zatrudniani. Bywali angażowani, przyjmowani, otrzymywali zlecenia, ale nigdy zatrudniani. Zatrudnia się służących.
— A czegóż takiego nie zrozumiałem?
My płacimy. Wy znajdujecie sposoby i środki.
Kaptur zaczął się rozwiewać.
— Jak mam się z panem kontaktować? — rzucił jeszcze Downey.
My skontaktujemy się z panem. Wiemy, gdzie pan mieszka. Wiemy, gdzie mieszka każdy.
