
— Siuzian…
Obejrzała się. W uchylonych drzwiach stała mała dziewczynka — bosa i w nocnej koszuli.
Susan westchnęła.
— Tak, Twylo?
— Boję się, bo w piwnicy ceka potwól. On chce mnie pozleć.
Susan zatrzasnęła książkę i ostrzegawczo uniosła palec.
— Pamiętasz, Twylo, co powiedziałam o takim przymilnym, dziecinnym mówieniu?
— Powiedziałaś, że mam tak nie robić — odparła dziewczynka. — Powiedziałaś, że takie przesadne seplenienie jest karalne, i że robię tak tylko po to, żeby zwrócić na siebie uwagę.
— Zgadza się. Wiesz, jaki to potwór tym razem?
— Taki wielki, futsasty i…
Susan znów podniosła palec.
— No? — ostrzegła.
— Futrzasty — poprawiła się Twyla. — I ma osiem łap.
— Znowu? No dobrze…
Wstała i włożyła szlafrok. Dziecko patrzyło na nią, więc starała się zachowywać spokój. A więc to wraca, myślała. Nie, nie ten potwór w piwnicy. To zwykła codzienność. Ale najwidoczniej znowu zacznie pamiętać przyszłość.
Potrząsnęła głową. Nieważne, jak daleko by człowiek uciekł, zawsze sam siebie dogoni.
Przynajmniej potwory były łatwe. Już nauczyła się sobie z nimi radzić. Wzięła pogrzebacz sprzed kominka w dziecinnym pokoju i tylnymi schodami zeszła na dół. Twyla ruszyła za nią.
Państwo Gaiter przyjmowali gości. Zza drzwi jadalni dobiegała stłumiona rozmowa.
I właśnie kiedy Susan przekradała się obok, ktoś otworzył te drzwi. Zajaśniało żółte światło i jakiś głos zawołał:
— Na bogów, jest tu jakaś pannica w nocnej koszuli i z pogrzebaczem!
Dostrzegła sylwetki wyrysowane w żółtym świetle i rozpoznała niespokojną twarz pani Gaiter.
— Susan? Eee… Co tu robisz?
Susan spojrzała na pogrzebacz, a potem na pracodawczynię.
