
Coś pojawiło się w powietrzu przed jego biurkiem.
— Zęby mam w doskonałym stanie, więc nie jesteś też Wróżką Zębuszką. Zawsze uważałem, że kieliszek brandy przed snem usuwa zapotrzebowanie na usługi Piaskowego Dziadka. A że całkiem dobrze potrafię trzymać rytm, raczej nie ściągnę na siebie uwagi Starego Biedy. Hm.
Postać przedryfowała nieco bliżej.
— Przypuszczam, że gnom mógłby się przecisnąć przez mysią dziurę, ale rozstawiłem pułapki — ciągnął Downey. — Strachy potrafią przenikać ściany, lecz ujawniają się bardzo niechętnie. Doprawdy, nie potrafię odgadnąć. Hm?
Dopiero wtedy uniósł wzrok.
W powietrzu wisiała szara szata. Zdawało się, że jest kimś wypełniona, ponieważ miała kształt, chociaż jej lokator nie był widoczny.
Downey odniósł nieprzyjemne wrażenie, że ów lokator nie jest niewidzialny, ale po prostu — w sensie fizycznym — wcale go tam nie ma.
— Dobry wieczór — rzekł.
Dobry wieczór, lordzie Downey, odpowiedziała szata.
Jego mózg zarejestrował te słowa. Uszy mogłyby przysiąc, że ich nie słyszały.
Ale człowiek nie dlatego zostawał przewodniczącym Gildii Skrytobójców, że łatwo ogarniał go strach. Zresztą gość nie budził lęku. Był — zdaniem Downeya — niewiarygodnie nudny. Gdyby monotonna bezbarwność mogła przyjąć jakiś kształt, właśnie taki by wybrała.
— Wydajesz się widmem — oświadczył.
Nasza natura nie jest tematem do dyskusji, pojawiła się w jego głowie odpowiedź. Proponujemy panu zlecenie.
— Życzycie sobie kogoś inhumować?
Doprowadzić do końca.
Downey zastanowił się. Sprawa nie była aż tak niezwykła, jak mogłoby się wydawać. Każdy mógł kupić usługi Gildii Skrytobójców.
