
Gdy Susan próbowała zasnąć, lord Downey w swoim gabinecie starał się nadgonić papierkową robotę.
Lord Downey był skrytobójcą. A raczej Skrytobójcą. Skrytobójcy są całkiem inni od tych opryszków, co to krążą po ulicach i mordują ludzi dla pieniędzy. Są dżentelmenami, którzy czasem — za opłatą — udzielają konsultacji innym dżentelmenom, chcącym usunąć niewygodne ostrza z cukrowej waty życia.
Członkowie Gildii Skrytobójców uważali się za ludzi kulturalnych, wielbicieli dobrej muzyki, kuchni i literatury. Znali też wartość ludzkiego życia. W wielu przypadkach co do pensa.
Gabinet lorda Downeya był wyłożony dębowymi panelami, a na podłodze leżał dywan. Meble wydawały się stare i zużyte, ale zużycie takie charakteryzowało tylko meble wysokiej klasy, używane z wielką elegancją przez wieki. To były dojrzałe meble.
W kominku płonęły grube polana. Przy ogniu spały dwa psy — w tych splątanych pozycjach, jakie zawsze i wszędzie przyjmują psy wielkie i kudłate.
Poza rozbrzmiewającym z rzadka psim chrapnięciem albo trzaskiem ognia panowała cisza, zakłócana jedynie skrzypieniem pióra lorda Downeya i tykaniem stojącego przy drzwiach zegara z wahadłem — dyskretne, domowe odgłosy, tylko podkreślające ciszę.
Przynajmniej tak się działo, dopóki ktoś nie odchrząknął.
Dźwięk ten sugerował, że celem owej czynności nie jest eliminacja obecności w gardle kłopotliwego okruchu ciasta, tylko wskazanie — w najuprzejmiejszy możliwy sposób — na obecność gardła.
Downey przestał pisać, ale nie podnosił głowy. Wreszcie — po chwili namysłu — odezwał się rzeczowym tonem:
— Drzwi są zamknięte na klucz. Okna zakratowane. Psy, jak sądzę, się nie zbudziły. Skrzypiące deski podłogi nie skrzypnęły. Inne drobne aranżacje, o jakich nie chcę tu szczegółowo wspominać, zostały najwyraźniej ominięte. Mocno ogranicza to dostępne możliwości. Szczerze wątpię, czy jesteś duchem, a bogowie na ogół nie anonsują się tak grzecznie. Mógłbyś być Śmiercią, naturalnie, ale on raczej nie przejmuje się konwenansami, a poza tym czuję się całkiem dobrze. Hm.
