
Postanowienie zatrucia mężowi każdej chwili egzystencji Arabella zaczęła realizować nie od razu. Zainteresowała ją podróż, spodobało jej się na statku, choroba morska nie dotknęła jej w najmniejszym stopniu, a cała męska część podróżnych, z załogą włącznie, oddawała hołd jej urodzie. Warunki atmosferyczne sprzyjały i rozbicie okrętu nie groziło ani przez chwilę, wyglądało to tak, jakby pułkownik wydał rozkaz także pogodzie, która, ciężko wystraszona, zastosowała się do polecenia.
Dopiero nieco później, po przybyciu na miejsce, Arabella dowiedziała się czegoś, od czego trafił ją potężny szlag. Otóż wyszło na jaw, że George młodszy został niemal siłą wypchnięty wcześniejszym statkiem, jej mąż zaś, George starszy, specjalnie zaczekał z podróżą, żeby nie płynąć z nim razem. Nie ze względu na Arabellę, cóż znowu, żadne podejrzenie nawet go nie musnęło, po prostu uważał, że skromny porucznik nie powinien przebywać w pobliżu wyższego rangą krewniaka o tym samym nazwisku. Nasuwałoby to myśl o protekcji, a bratanek miał sobie dawać radę sam i bez żadnych ulg piąć się po szczeblach kariery.
Uświadomienie sobie, ile straciła, niemal pozbawiło Arabellę tchu. Całą podróż mogła odbyć w towarzystwie ukochanego, widywać go dzień w dzień przez cztery miesiące, mieć go przy boku, pławić się w szczęściu jego obecności, jego silne ramię chroniłoby ją przy wychylaniu się za burtę, podtrzymywało na trapie… Wszystkie te upojne doznania zostały jej odebrane, a uczynił to koszmarny despota, którego była własnością. O nie, nie zamierzała despocie przebaczyć!
