
Byłam bowiem taką samą idiotką jak moja siostra. Też się zakochałam na śmierć i życie, z tą tylko różnicą, że ten mój był upiornie bogaty. Możliwe, że byłam nawet większą idiotką…
Pieczołowicie złożyłam i schowałam do koperty korespondencję prababci i udałam się do biblioteki.
Nawa kościelna to była, a nie biblioteka. Dwadzieścia metrów na osiem, prawie pięć metrów w górę i wszystkie ściany pokryte książkami. Kryśka wzięła zdrowe tempo, od razu za drzwiami potknęłam się o powywlekane z półek stosy. Moja siostra siedziała na ziemi, drapiąc się w głowę.
– Dobrze, że przyszłaś – powiedziała na mój widok. – Słuchaj, tu jest dziki melanż. Za cholerę nie wiem, co robić. Homer w oryginale, bajki La Fontaine'a, Alicja w Krainie Czarów po angielsku, jakiś niemiecki Gebreiter, alchemik z siedemnastego wieku, w życiu o takim nie słyszałam, markiz de Sade, rozprawa o maszynach parowych…
– Po jakiemu? – zaciekawiłam się.
– Nie wiem. A, po francusku. A teraz trafiłam na mowy Cezara po łacinie, nie jestem pewna, czy to nie podręcznik. Wszystko na kupie. Pojęcia nie mam, jak to…
Przerwałam jej.
– Zaglądałaś do środka?
– Do jakiego środka…? No owszem, sprawdzam strony tytułowe, bo diabli wiedzą…
– Nie. Sama słyszałaś. I czytałaś. Kartka po kartce, na każdym marginesie może być coś napisane…
– Żebyś pękła – powiedziała Krystyna z całego serca i podniosła się z podłogi. – No dobrze, niech to piorun strzeli, idę spać. Jutro będziemy musiały zastanowić się jakoś porządnie…
