
– Popatrz, jak myśmy wyszlachetniały – zauważyłam smętnie. – Od ilu lat już nie wydzieramy sobie z zębów końcówki…!
– I za szlachetność od razu zostałam wynagrodzona – odparła żywo Krystyna, przeglądając jakąś książkę. – Proszę, wreszcie coś! Arcydzięgielu korzeń wykop w całości dniem pogodnym na wiosnę tuż przed kwitnieniem, natenczas bowiem zawiera najwięcej dobra… O rany, cały referat na marginesach!
– Co za książka?
– Zapomniałam. A, widzę. Montaigne, Apologia Rajmunda Sebond. Nie znam człowieka. Przepisać to od razu…? Przepiszę, przynajmniej odpocznę od tej gimnastyki.
Siedziałam nadal pod pozorem snucia rozważań praktycznych, bo te tony literatury nieźle czułam w kręgosłupie. Wolałabym chyba przez cały dzień wiosłować, odwykłam od pracy fizycznej. Zabytkowe meble u mnie w pracy nosili mężczyźni.
– Zapisz przy okazji dane o książce. Obok powinny stać Próby, też Montaigne.
Kryśka obejrzała się nagle.
– I stoją. Popatrz! Coś takiego, dwie sztuki dopasowane do siebie, nadzwyczajne!
Podniosła się i z dwiema książkami ulokowała się przy stole. Wetknęła kartkę w arcydzięgiel i zajrzała do Prób.
– Ty, po łacinie! I niech skonam, z obrazkami! Rusz się, popatrz, strasznie śmieszne, krokodyla w skorupie pieką sobie na daszku!
Podniosłam się również, tłumiąc jęk, i podeszłam do niej. Łaciński tekst nie sprawiał mi wielkich trudności.
– Głupiaś, nie pieką, tylko wędzą. Ma to być miniatura pouczająca.
– Osobiście, do wędzenia, takiego zająca jednak bym wypatroszyła – skrytykowała Kryśka. – I obdarła ze skóry. Nie mówiąc o krokodylu, chociaż może to aligator, w kwestii skóry niewielka różnica. Mam nadzieję, że nikt się taką wskazówką nie kierował, nawet… zaraz… nawet w szesnastym wieku…?
Zastanowiłam się przez chwilę.
– Kryśka, pamiętasz testament prababci…? No jakby co, możemy zajrzeć do ksero. Był tam jakiś zakaz sprzedaży?
