
Na zewnątrz dniało, szpary okiennic sączyły nikłe światełko. Klepsydra przesypała się do końca, i to dawno — Vysogota jak zwykle zapomniał ją obrócić. Kaganek ledwo pełgał, rubinowy żar z paleniska słabo oświetlał kąt izby. Starzec wstał, odsunął zaimprowizowany parawan z koców, którym odgrodził pryczę od reszty pomieszczenia, by zapewnić chorej spokój.
Chora zdążyła już pozbierać się z podłogi, na którą przed chwilą upadła, siedziała zgarbiona na brzegu barłogu, usiłując podrapać się w twarz pod opatrunkiem. Vysogota chrząknął.
— Prosiłem, byś nie wstawała. Jesteś zbyt osłabiona. jeśli czegoś chcesz, zawołaj. Jestem zawsze w pobliżu.
— Ja akurat nie chcę, byś był w pobliżu — powiedziała cicho, półgębkiem, ale zupełnie wyraźnie. - Chcę się wysikać.
Gdy wrócił, by zabrać nocnik, leżała na pryczy na wznak, obmacując opatrunek przymocowany do policzka opasującymi czoło i szyję wstęgami bandaża. Gdy po chwili podszedł do niej ponownie, nie zmieniła pozycji.
— Cztery doby? — spytała, patrząc w powałę.
— Pięć. Minęła prawie doba od naszej ostatniej rozmowy. Przespałaś całą dobę. To dobrze. Potrzebujesz snu.
— Czuję się lepiej.
— Rad jestem słyszeć. Zdejmiemy opatrunek. Pomogę ci usiąść. Uchwyć moją rękę.
Rana goiła się ładnie i sucho, tym razem prawie obyło się bez bolesnego odrywania opatrunku od strupa. Dziewczyna ostrożnie dotknęła policzka. Skrzywiła się, ale Vysogota wiedział, że to nie tylko ból. Za każdym razem na nowo upewniała się o rozległości skaleczenia, zdawała sobie sprawę z powagi rany. Upewniała się — z przerażeniem — że to, co czuła dotykiem poprzednio, to nie był wywołany gorączką koszmar.
— Masz tu jakieś lustro?
— Nie mam — skłamał.
Spojrzała na niego, po raz pierwszy chyba całkowicie przytomnie.
— To znaczy, że jest aż tak źle? — spytała, ostrożnie wodząc palcami po szwach.
