Wówczas zaskowyczała straszna beann'shie, zwiastunka czyjejś rychłej i gwałtownej śmierci, a przez czarne niebo pocwałował Dziki Gon — orszak płomiennookich upiorów na kościotrupach koni, szumiący strzępami płaszczy i sztandarów. Jak co kilka lat. Dziki Gon zebrał swe żniwo, ale od dziesięcioleci nie było ono tak straszliwe — w samym tylko Novigradzie doliczono się dwudziestu kilku osób zaginionych bez śladu ni wieści.

Gdy Gon przegalopował i rozwiały się chmury, ludzie zobaczyli księżyc — malejący, jak zwykle w czas Zrównania. Ale tej nocy księżyc miał barwę krwi.

Lud prosty miał dla ekwinokcyjnych fenomenów wiele wytłumaczeń, różniących się zresztą znacznie, stosownie do specyfik regionalnych demonologii. Astrologowie, druidzi i czarodzieje też mieli wytłumaczenia, ale w większości błędne i sklecone na wyrost. Mało, niezwykle mało było ludzi, którzy potrafili zjawiska te powiązać z rzeczywistymi faktami.

Na Wyspach Skellige, dla przykładu, nieliczni bardzo zabobonni widzieli w kuriozalnych ewenementach zapowiedź Tedd Deireadh, końca świata, poprzedzonego bitwą Ragh nar Roog, finalną walką Światła i Ciemności. Gwałtowny sztorm, który w noc Jesiennego Zrównania wstrząsnął Wyspami, zabobonni uznali za falę pchaną dziobem potwornego Naglfara z Morhoggu, wiozącego armię widm i demonów Chaosu drakkara o burtach zbudowanych z trupich paznokci. Ludzie światlejsi lub lepiej poinformowani łączyli jednak szaleństwo niebios i morza z osobą złej czarownicy Yennefer — i jej straszną śmiercią. Jeszcze inni — jeszcze lepiej poinformowani — widzieli we wzburzonym morzu znak, że oto kona ktoś, w czyich żyłach płynie krew królów Skellige i Cintry.

Jak świat długi i szeroki, była też noc jesiennego Ekwinokcjum nocą zmór, koszmarów i widziadeł, nocą raptownych, duszących i roztętnionych grozą przebudzeń wśród mokrych od potu i starganych prześcieradeł.



3 из 408