— Zimno, zimno, zimno, brrr — gadał do siebie Vysogota, maszerując ścieżką wśród trzcin. - Zimno, zimno, brrrr.

Kolejna pułapka była pusta. Ani jednego piżmaka. Wyjątkowo nieudany połów. Vysogota oczyścił pułapkę ze szlamu i rzęsy, mamrocząc przekleństwa i pociągając zziębniętym nosem.

— Zimno, brrr, hu — ha — gadał, idąc w kierunku skraju bagna. - A przecie to jeszcze wrzesień! Przecie dopiero cztery dni po Ekwinokcjum! Ha, takich chłodów w końcu września nie pamiętam, jak długo żyję. A żyję przecież dość długo!

Kolejna — przedostatnia już — pułapka też była pusta. Vysogocie nie chciało się nawet kląć.

— Niechybnie tak jest — ględził, idąc — że klimat oziębia się z roku na rok. A teraz wygląda, że efekt oziębiania będzie postępował lawinowo. Ha, elfy przewidziały to już dawno temu, ale kto wierzył w przepowiednie elfów?

Nad głową starca znowu zaterkotały skrzydełka, mignęły szare, niesamowicie szybkie kształty. Mgła nad moczarami znowu rozdzwoniła się dzikim, urywanym trylem lelków kozodojów, szybkim klaskaniem skrzydełek. Vysogota nie zwracał na ptaki uwagi. Zabobonny nie był, a kozodojów zawsze było sporo na bagnach, zwłaszcza o świcie latały tak gęsto, że aż strach brał, że o głowę zawadzą. No, może nie zawsze było ich tak wiele jak dziś, może nie zawsze wołały tak potępieńczo… Ale cóż, ostatnimi czasy przyroda wyprawiała dziwne figle, a kuriozum goniło kuriozum, każde bardziej kuriozalne od poprzedniego.

Wyciągał właśnie z wody ostatnią — pustą — pułapkę, gdy usłyszał rżenie konia. Lelki zamilkły nagle, jak na komendę.

Na mokradłach Pereplutu były kępy, suche, wyżej położone miejsca, porośnięte czarną brzozą, olchą, świdwą, dereniem i tarniną. Większość kęp trzęsawiska otaczały tak dokładnie, że było absolutnie niemożliwe, by dotarł tam koń lub nie znający ścieżek jeździec. A jednak rżenie — Vysogota usłyszał je znowu — dobiegało właśnie z takiej kępy.



6 из 408