
– Właśnie!
Gabriel starał się iść tak blisko towarzyszy, jak tylko na tych kamienistych zboczach było to możliwe. Szepnął:
– Tamci… Ich już nie ma.
Tova spoglądała podejrzliwie w dół na halę pokrytą cienką warstwą śniegu. To prawda, co powiedział Gabriel. Obrzydliwe, ubrane na czarno stworzenia, których nikt nie rozpoznawał, zniknęły. Równie niepostrzeżenie i bezszelestnie jak się pojawiły.
Wszyscy odetchnęli z ulgą.
– Właściwie to nic dzisiaj nie jedliśmy – stwierdził Ian. – Ale nie jestem głodny.
– Jak to się mogło stać? – zastanawiał się Marco. – Ja na przykład ani przez sekundę nie pomyślałem o jedzeniu.
– Ani ja – powtarzali inni jedno przez drugie.
Przeżyli wiele dni pełnych lęku, ale ten był najgorszy w ich życiu.
Nie wiedzieli, co się jeszcze może wydarzyć, i tak było chyba najlepiej.
Nataniel z troską stwierdzał, że zapada zmierzch. Bardzo by chciał wypełnić swoje zadanie w jasnym, dodającym odwagi świetle poranka. Wieczór przynosi bowiem zmęczenie i odbiera chęć do działania.
Ale przecież nie mogli czekać do rana. Pozostała im już tylko ta wieczorna krótka chwila.
Nataniel nie bał się tego, co miało nastąpić. Po utracie Ellen naprawdę nie miał już nic, dla czego warto by żyć.
Bez wahania gotów był się narażać i chyba to właśnie teraz czynił. Niepokoił się jedynie o Gabriela. Karine nie zniosłaby utraty jedynego dziecka, na tyle Nataniel znał swoją bratową. Pragnął też, żeby nic złego nie przytrafiło się niewinnemu Ianowi. Marco da sobie radę, ale jak będzie z Tovą, Nataniel nie wiedział.
Tova, odkąd spotkała Iana, była szczęśliwa. Nataniel nie chciał, żeby spadły na nią kolejne troski i przeciwności. Ani żeby umarła. Jeśli to prawda, że Tova będzie miała dziecko, to w przyszłości powinna móc je wychować. Ona i Ian.
