
Nagle czworo z idących przystanęło.
Nataniel zauważył to i odwrócił się. Wyczytał w ich oczach bezgraniczne zdumienie.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
W końcu Marco powiedział powoli:
– Myślę, że nie są nam potrzebni. Ani Benedikte, ani Tula, ani Heike, ani nawet Targenor. W ogóle nikt.
– Co masz na myśli? – zapytał Nataniel zbity z tropu. – Co się dzieje?
– Ty lśnisz – oświadczyła Tova lakonicznie. – Świecisz niczym błękitny płomień.
Nataniel podniósł rękę i przyglądał się jej. Zginał łokieć i odwracał dłoń. Potem powoli wysunął przed siebie stopę. Wszystko było jak otulone ostrym, metalicznym blaskiem, jakby on cały znajdował się w jakimś naelektryzowanym pancerzu. I czuł się taki silny, taki… przepełniony niezwykłą mocą. Umysł miał krystalicznie jasny, jego wiedza była nieograniczona, wola niezłomna.
Nagle uśmiechnął się. Już od bardzo dawna nie widzieli, żeby Nataniel się uśmiechał. Po utracie Ellen na jego szlachetnej twarzy gościł jedynie wyraz powagi.
– Chyba jestem gotów do wypełnienia mojego zadania – zaśmiał się niepewnie.
– Nie wątpię w to – szepnęła Tova.
Nataniel wyprostował się.
– Tak! Teraz jestem gotów podjąć walkę. Długi czas niezdecydowania minął!
Odetchnęli z ulgą. Cała piątka.
– No to… co teraz zrobimy? – zapytał Marco, który najwyraźniej chciał, by Nataniel kierował wszystkim.
Nataniel rozpostarł ramiona. Jakby na próbę odwrócił dłonie ku górze. Zdawało się, że odbiera jakieś informacje. Nikt określony ich nie wysyłał, Nataniel po prostu przyjmował wiadomości. Docierały do niego z powietrza.
– Dobry Boże, jakie potężne są teraz moje możliwości – szeptał zdumiony.
Nikogo nie zdziwiło to, że Nataniel powiedział „dobry Boże”. Wiedzieli, że dokładnie to ma na myśli. Dziedzictwo po mieczu dało mu głęboko zakorzenioną religijność, chociaż często sprzeczał się ze swoim ojcem, Ablem Gardem, właśnie na te tematy.
