
Nie było.
Miał niemal czternaście lat, jedynie najwyższe z pędów malin sięgały wyżej jego głowy. Stosowny wiek, aby powędrować ze stadem owiec w dół zboczem góry, a potem jeszcze dalej traktem przez Bosco Nero, ku jarmarkom w nadmorskich miastach. Każdy z wieśniaków wyruszał, choć raz w życiu na podobną wyprawę, zanim się ożenił i osiadł na dobre w jednej z pięciu wiosek. Trifone opowiadał synowi o napadzie zbójców pośrodku nieprzebytej puszczy, o miastach, które unoszą się na nadmorskich skałach jak olbrzymie białe chmury, o kościołach, w których sklepieniu osadzono srebrne gwiazdy i słońce ze szczerego złota. A także o władcy, który rządził całym tym obcym światem z pałacu większego niż targowe miasteczko u podnóża góry i otoczonego kręgiem ogrodów, gdzie za wysokim murem posadzono setki różanych krzewów i gdzie złotowłose księżniczki przeglądały się w sadzawkach z bladoróżowego marmuru.
Władca miał czarną, kręconą brodę i wielki miecz uniesiony nad głową; takim w każdym razie odlano go w posągu stojącym na placu przed najświetniejszą ze świątyń. Powiadano, że kiedyś był po prostu jednym z najemnych żołnierzy, którzy przesiadywali w nadmorskich tawernach. Nie najemnikiem, jak prostował gniewnie Trifone, ale il condottiere. I nie ma w tym żadnej hańby, wywodził synowi, choć pół miasta spłonęło, gdy jego żołnierze wdarli się wreszcie przez bramy. Graziano nie sądził jednak, aby naprawdę było to możliwe: w baśniach zdarzało się wprawdzie, że syn wieśniaka zdobywał rękę księżniczki, lecz żaden z nich nie spalił miasta, o którym powiadano, że jest wieczne jak góry.
