
Nie miał jednak tego wszystkiego zobaczyć – ani miasta, ani morza błękitnego jak niebo, ani spiżowego pomnika władcy. Żaden z pasterzy nie chciał towarzystwa dziecka pomoru w wędrówce na południe. Nie, nie odmawiali wprost, kiedy Graziano zachodził do ich letnich szałasów wysoko na górskich łąkach. Żuli źdźbła trawy, mruczeli niezrozumiałe obietnice, lecz ani jeden nie zawitał o zmierzchu do chaty Trifone kołodzieja, aby zabrać jego syna na wielką, jesienną wyprawę.
Kobiety przy studni były bardziej rozmowne, choć i one szybko milkły, gdy Arianna nadchodziła z dwoma glinianymi dzbanami.
I to od nich dowiedział się, że w żadnej z pięciu wiosek na zboczach smoczej góry nie ma pasterza, który bezpiecznie ułoży się do snu obok Graziana, dziecka czerwonej śmierci. Nie sprowadzą go w dół traktem poprzez Bosco Nero. Nie zaproszą pod własny dach, gdzie jego uroczne spojrzenie może paść na jedną z ich córek, choćby najbardziej kostropatą czy chronią, i nie podzielą z nim chleba ni soli. Nigdy. Jak długo słońce będzie obracać się wokół smoczej góry. Ponieważ same narodziny Graziana były bluźnierstwem, a jego dotyk kala powierzchnię ziemi. Dlatego właśnie nie pozwolą mu odejść. Ponieważ Bosco Nero jest wystarczającą zaporą, aby ukryć plugastwo i uwięzić je z dala od ludzkich gościńców i miast z białego kamienia, póki nie sczeźnie i nie zniknie bez śladu.
Miał niemal czternaście lat, a nie jest to wiek, w którym chłopcy wybuchają płaczem i uciekają przed gromadą starych kobiet w czarnych chustach. Jednak właśnie tak zrobił, nie zważając na krzyk gęsi, które rozpierzchły się z łopotem białych skrzydeł. Biegł miedzą, żółte wyschnięte trawy zdawały się chwytać go za kostki i polne kamienie wyślizgiwały się spod stóp. Aż wreszcie poprzez łzy, które uparcie płynęły po policzkach, spostrzegł, że jest na ścieżce. Na ścieżce prowadzącej do jego własnego miejsca, poza potrójny krąg bzów, malin i trawy, gdzie obok serca martwego smoka spało jego życzenie.
