
Gdy karty przysłano pocztą, Sula zmieniła odpowiednie rekordy, wstawiając fikcyjny adres.
Teraz razem z Macnamarą, ubrani w robocze kombinezony, buty i czapki i ze skrzynkami narzędziowymi w rękach, wjechali kolejką na górę. Karty doskonale zdały egzamin.
— Powinniśmy po prostu ustrzelić Makisha z tego miejsca — stwierdził Macnamara. Podczas treningów z bronią należał do najlepszych snajperów. Zsunął czapeczkę na tył głowy i spoglądał w górę na tyczkowate drzewa ze zwisającymi girlandami pachnących różowych kwiatów. — Mógłbym celować z któregoś drzewa.
— Musielibyśmy przemycić karabin do Górnego Miasta — zauważyła Sula. Nie zabrali ze sobą żadnej broni, bo nie wiedzieli, czy jej nie wykryją detektory przy wejściu do kolejki.
— To może podłożyć bombę. — Macnamara nie rezygnował. — Umieścić ją w bramie i zdalnie zdetonować, gdy będzie wchodził.
Ten pomysł wydał się Suli bardziej atrakcyjny.
— Bomba narobi dużo huku — powiedziała. — Naksydzi nie będą mogli zatuszować całej sprawy.
— Ktoś idzie, może nawet nasz cel.
Sula nasunęła czapkę głębiej na czoło i zaczęła pilnie czegoś szukać w skrzynce z narzędziami, zerkając ukradkiem na trzech Naksydów idących szerokim chodnikiem. Dwóch z nich miało na sobie mundury Floty — zielononiebieskie jak niebo Zanshaa, z czerwonymi bandoletami i opaskami żandarmerii. Trzeci Naksyd był w brązowej marynarce służby cywilnej z odznakami wysokiego urzędu, przez jedno ramię miał przełożoną pomarańczowo-złotą wstęgę sędziego Sądu Najwyższego.
