— Aresztowanie prawie murowane. Gliny Tormineli zaczęłyby patrzeć na nas podejrzliwie.

Torminele prowadzili życie nocne i Terranie musieliby przebywać w ich dzielnicach zarówno nocą, gdy Torminele byli aktywni, jak i dniem, gdy odpoczywali.

Sula pomyślała chwilę.

— Chyba lepiej się z nimi nie kontaktować — stwierdziła. — Mają wszelkie środki, by prowadzić wojnę w rejonach, gdzie teraz są. My też. Jeśli nie będzie między naszymi grupami łączności, nie będziemy mogli wzajemnie się sypnąć.

— Czyli nadal walczymy — powiedział, skinąwszy głową.

Zawsze mogli zakończyć walkę. Tkwić tam, gdzie są teraz, i nic nie robić, czekać, aż wojna jakoś się zakończy. Któżby ich za to winił, skoro zwierzchnicy nie żyją?

— Tak, nadal prowadzimy wojnę. — Sula czuła, jak zaciska zęby. — I wiem, od czego zacząć.

— Tak?

— Od lorda Makisha z Sądu Najwyższego. To ten naksydzki sędzia, który skazał naszych przyjaciół na śmierć.

Twarz Macnamary wyrażała satysfakcję.

— Tak jest, milady.


* * *

Sędzia Sądu Najwyższego, Makish, mieszkał w Pałacu Makishów w Górnym Mieście Zanshaa. Kto nie chciał się wspinać po granitowych skałach, miał tylko dwa sposoby dostania się na wzgórze: linową zębatką jako pieszy albo pojazdem po serpentynie. Cały rząd miał swoją siedzibę w Wysokim Mieście, pośród wrogiej ludności, więc — jak przypuszczała Sula — Naksydzi z pewnością starannie kontrolowali dostęp na akropol.

Sula i Macnamara kupili Spence jedzenie na kolację i poszli do dolnej stacji kolejki. Było późne popołudnie i wielu służących i robotników pracujących w Górnym Mieście wracało do domów w Dolnym Mieście. Z szerokiej platformy przed terminalem usunięto przebywających tu zwykle przekupniów i ulicznych artystów. Po drugiej stronie ulicy, na dachu stacji centralnej, Sula dostrzegła naksydzkich strażników, ale poza tym panował tu zwykły ruch, a rząd autobusów i taksówek, choć mniejszy niż normalnie, dodawał otuchy.



6 из 610