
— Idź i spróbuj pogadać z kimś na przystanku autobusowym — poleciła Macnamarze. — Ja wejdę do terminalu.
— Na pewno dasz sobie radę?
Macnamara często usiłował chronić ją przed niebezpieczeństwem, co było na swój sposób ujmujące, ale w zbyt dużych dawkach irytowało. Sula odparła, że „na pewno”, i pomaszerowała na drugą stronę ulicy.
W terminalu stanęła przy końcu gładkiej onyksowej poręczy i starała się zachowywać jak osoba, która na kogoś czeka. Wejście do samej kolejki kontrolował pluton zbrojnych Naksydów. Ich centauroidalne, pokryte czarnymi pypciami korpusy osłaniały pancerze. Podoficer przeglądał w ręcznym terminalu jakąś listę, podczas gdy jego podwładni sprawdzali tożsamość osób próbujących dostać się do kolejki.
Tylko pluton, pomyślała Sula, ale wiedziała, że jest ich więcej w pobliskich hotelach i mieszkaniach — prawdopodobnie stacjonowało tam wiele oddziałów.
Prawie połowę pasażerów stanowili Naksydzi. Pędzili po gładkiej podłodze, przepychając się między innymi podróżnymi. Wielu z nich nosiło brązowe mundury służby cywilnej. Najwyraźniej szanse zawodowe Naksydów poprawiły się.
Sula wykonała gest, jakby dostrzegła osobę, z którą się umówiła, i przyłączywszy się do nieznajomego mężczyzny, wyszła razem z nim na zewnątrz, gdzie czekał Macnamara.
— Obecnie Naksydzi posługują się listą tych, którzy mieszkają w Górnym Mieście — powiedział. — Robotnicy muszą przedstawić zaświadczenie, że są niezbędni. Mówi się jednak, że wkrótce wymagany będzie specjalny identyfikator.
Sula zastanowiła się przez chwilę.
— To dobrze — odparła. — Zaświadczenie musiałby wystawić rzeczywisty pracodawca, który już jest na liście, a to Naksydzi mogliby sprawdzić. Łatwiej zmajstrować specjalne identyfikatory.
Sula wiedziała, jak uzyskać fałszywe dokumenty z Biura Akt.
