
— L-1 niedostępny.
Szefowa łączności poderwała głowę znad klawiatury.
— Sprawdź na drugim kanale.
— Już to zrobiłem — odparł dyżurny siedzący przy sąsiedniej konsoli. — Nic z tego. Wszystkie częstotliwości są głuche.
Trzeci łącznościowiec, siedzący po drugiej stronie szefowej, stukał po kolei w różne bloki klawiszy. Na jego ekranie widniał galimatias pasów.
— Zrobili to — potwierdził. — Wyciągnęli wtyczkę.
Inni kontrolerzy i technicy opuścili swoje stanowiska i otoczyli stanowisko łączności. Pozostawione bez opieki pulpity mrugały i świeciły obojętnie. Wielki elektroniczny ekran ścienny, ukazujący wszystkie systemy Bazy Księżycowej, jarzył się jak zawsze, jakby nie działo się nic niezwykłego.
Szefowa pchnęła w tył fotel na kółkach.
— Dokładnie w zapowiedzianym czasie, prawda?
— Dokładnie — powiedział technik. — Mamy wojnę.
Nikt się nie odezwał. Nikt nie wiedział, co powiedzieć. Grupa mężczyzn i kobiet stała w pełnej napięcia ciszy. Jedynym dźwiękiem był szum konsoli i delikatny szept wentylatorów.
— Poinformuję’ szefa — mruknęła szefowa, sięgając do klawiatury. Zaczęła tłuc w klawisze.
— Cholera! — zaklęła. — Złamałam paznokieć.
Lądowanie minus 116 godzin 30 minut
Douglas Stavenger stał na Przełęczy Wojdohowitza, wsłuchując się w ciszę. W Bazie zawsze rozbrzmiewały głosy, ludzkie albo syntezowane, a w tle nieustannie szumiały urządzenia elektryczne. Tutaj, w górach, które opasywały ogromny krater Alfons, słyszał tylko własny oddech — i cichy, krzepiący pomruk wentylatorów skafandra.
Dobry hałas, pomyślał, uśmiechając się do siebie. Kiedy ucichnie, twój oddech też ustanie.
Wysiadł z ciągnika niedaleko miejsca, gdzie stała tablica, niewielki złoty prostokąt przynitowany do skały, poświęcony pamięci jego ojca.
