W tym miejscu Paul Stavenger wybrał śmierć, żeby ocalić mężczyzn i kobiety Bazy Księżycowej.

Jednakże to nie nostalgia przygnała go na przełęcz. Chciał przyjrzeć się uważnie Bazie Księżycowej, obejrzeć nie schematy ideowe czy plany elektroniczne, ale prawdziwą Bazę, leżącą w bezkompromisowym świetle gwiazd.

Wszyscy jej mieszkańcy myśleli, że są bezpieczni w przytulnych jaskiniach wydłubanych w zboczu góry, którą nazwali Yeager. Osłonięci przez warstwy litej skały, nie bali się niebezpieczeństw czyhających na powierzchni, pozbawionej powietrza i pławiącej się w promieniowaniu twardym, z różnicami temperatur między dniem a nocą, między słońcem a cieniem sięgającymi czterystu stopni Fahrenheita.

Ale Doug wiedział, że są okropnie bezbronni. Ochronili się przed siłami natury, prawda, teraz jednak groziło im unicestwienie przez wojnę.

Popatrzył na farmę solarną, tysiące akrów ciemnych ogniw słonecznych, które łapczywie spijały światło Słońca i bezszmerowo przekształcały je w elektryczność potrzebną Bazie tak, jak człowiekowi krew. Panele mogły zostać rozbite w pył przez konwencjonalne materiały wybuchowe albo unieszkodliwione przez impuls promieniowania z głowicy atomowej.

Uświadomił sobie, że jeszcze łatwiej byłoby zniszczyć radia-tory — wszyscy będziemy się gotować we własnym cieple, dopóki nie skapitulujemy albo nie pomdlejemy z gorąca.

Przesunął spojrzenie na lądowiska rakietowe, puste po rannym odlocie lunarnego pojazdu transferowego. Za portem zobaczył kopułę geodezyjną osłaniającą nieukończony kliper, budowany przez nanomaszyny wielkości wirusów, które przetwarzały węglowy pył meteorytowy w twardy, wytrzymały diament. Jak ochronić statek? Nie możemy go osłonić ani ukryć pod powierzchnią. Kopuła nie stanowi żadnego zabezpieczenia przed pociskami, nawet z broni ręcznej.

Sięgnął wzrokiem dalej w głąb krateru, gdzie w stronę horyzontu celował chudy, ciemny metaliczny palec katapulty. Wiedział, że wystarczy jedna bomba jądrowa, by wyrzutnia przestała istnieć.



3 из 422