Dobrze, że od jakiegoś czasu nikt nie rzyga. Odgłosy wymiotowania niemal ją załamały, gdy weszli w stan nieważkości. Na szczęście system wentylacji sprawiał się na tyle dobrze, że najgorszy smród nie zalegał długo. Mimo wszystko kabina cuchnęła jak nowojorski zaułek.

Zdobycie miejsca wśród żołnierzy lecących do zbuntowanej bazy na Księżycu nie było ani łatwe, ani proste. Sieć telewizyjna była za, jak najbardziej, ale biurokraci ONZ nie życzyli sobie reportera na pokładzie swojego statku kosmicznego. Edith musiała wykorzystać wszystkie atuty czarującej blondynki i spryt nabyty w czasie wewnętrznych rozgrywek, żeby pokonać całe falangi administratorów, kierowników i małostkowych, ograniczonych asystentów. A jednak wywalczyła sobie drogę do samego Georgesa Faure’a.

— Moja droga panno Elgin — powiedział Faure z fałszywym uśmiechem — to ekspedycja wojskowa, nie wycieczka.

— Chodzi o informacje — sparowała Edith. — Społeczeństwo chce wiedzieć, co się dzieje, z pierwszej ręki.

Spotkała się z Faure’em w gmachu Sekretariatu, ale nie w jego gabinecie. Sekretarz generalny przyjął ją w przytulnym salonie na najwyższym piętrze. Pokój był luksusowo urządzony: gruby beżowy dywan, wygodne fotele i małe zaokrąglone sofy, na ścianach gobeliny w stonowanych odcieniach brązu i zieleni. Tkaniny pochłaniały dźwięk; w tym pokoju, idealnym do dzielenia szeptanych sekretów, echa nie miały prawa bytu.

Edith założyła na tę okazję obcisłą, długą do kolan jasnoczer-woną suknię oraz złote bransolety i naszyjnik idealnie harmonizujący z odcieniem jej żółtych jak słońce włosów. Niegdyś kolor był naturalny, ale już od wielu lat uciekała się do pomocy farby.



37 из 422