— To prawda.

Niziny czarownicom nie służą. Panna Tyk zarabiała pensy, po części lecząc, a po części przepowiadając pecha, i większość nocy przesypiała po stodołach. A nawet dwa razy wrzucono ją do stawu.

— Nie mogę się tam wpychać — odparła. — To terytorium innej czarownicy. Takie wściubianie nosa nigdy, ale to przenigdy się nie sprawdza. Choć z kolei… — zamilkła na chwilę. — Czarownice nie pojawiają się znikąd. Przyjrzyjmy się uważniej.

Wyciągnęła z kieszeni posklejany spodek i zanurzyła go w deszczówce, która zdążyła zebrać się w rondzie kapelusza. Z innej kieszeni wyjęła butelkę atramentu, który nalała na spodeczek, by woda zabarwiła się na czarno. Później wzięła go w dłonie i zasłaniając od deszczu, słuchała swych oczu.


* * *

Akwila Dokuczliwa leżała na brzegu rzeki i łaskotała pstrągi. Lubiła słuchać ich śmiechu. Unosił się w bąbelkach.

Kawałek dalej, w miejscu gdzie brzeg stawał się czymś w rodzaju kamienistej plaży, jej brat Bywart bawił się lepieniem, z całą pewnością stając się przy tym lepki.

Wydawało się, że do Bywarta lepi się wszystko. Umyty, osuszony i umieszczony na środku czystej podłogi, stawał się lepki już po pięciu minutach. Nie wiadomo od czego. Po prostu. Ale poza tym był dzieckiem mało kłopotliwym, jeśli nie liczyć tego, że jadał żaby.

Istniał niewielki obszar w mózgu Akwili, który nie był przekonany co do imienia Akwila. Miała dziewięć lat i czuła, że nie będzie jej łatwo żyć z tym imieniem. Ponadto właśnie w zeszłym tygodniu podjęła decyzję, że kiedy dorośnie, chce zostać czarownicą, i była całkiem pewna, że imię Akwila do tego planu nie pasuje. Ludzie będą się śmiać.

Pozostała i większa część umysłu Akwili zajęta była słowem „pomruk”. Było to słowo, które niewielu osobom przychodziłoby do głowy. Obracała je w myślach raz po raz, drapiąc pstrąga pod brodą.



2 из 219