
„Pomruk” zgodnie ze słownikiem jej babci oznaczał „niski cichy dźwięk, coś na kształt szeptu lub mamrotania”. Akwili podobało się brzmienie tego słowa. Przywodziło jej na myśl tajemniczych ludzi w długich szatach, wymieniających za drzwiami ważne sekrety:
Mrumrumrumrumru.
Słownik przeczytała cały. Nikt jej nie powiedział, że nie powinna.
Zastanawiając się nad tym, spostrzegła, że szczęśliwy pstrąg odpływa. Ale co innego przykuło jej uwagę — okrągły koszyk, nie większy od połówki orzecha kokosowego wymoszczonego czymś, co zatykało wszystkie dziury, dzięki czemu koszyk utrzymywał się na wodzie. W środku stał człowieczek wielkości około sześciu cali. Miał masę nieporządnych rudych włosów, z powtykanymi w nie piórkami, koralikami i wstążkami, oraz rudą brodę w takim samym nieporządku jak włosy. Całe ciało pokrywały mu błękitne tatuaże, poza miejscem zakrytym króciutką spódniczką. Wymachiwał pięścią, wrzeszcząc:
— Na litość! Uciekaj stąd, ciutwiedźmo, czyś ty całkiem ogłuchła? Nadchodzą zielonogłowi!!!
Krzycząc, szarpał za linkę zwisającą z brzegu łódki i na powierzchni pojawiła się pomarańczowa głowa kolejnego ludzika, łapiącego powietrze.
— Znakomity czas na łowienie! — oświadczył pierwszy, wciągając go na łódkę. — Nadciągają zielone głowy.
— Na litość! — jęknął drugi, ociekający wodą. — Zjeżdżajmy stąd!
Złapał ciuteńkie wiosło i machając nim, gwałtownie przyspieszył bieg kosza.
— Przepraszam! — krzyknęła Akwila. — Czy jesteście krasnoludkami?
Nie usłyszała odpowiedzi. Okrągły stateczek zniknął w trzcinach. Najprawdopodobniej nie, uznała dziewczynka.
Wtedy, ku jej mrocznemu zadowoleniu, rozległ się pomruk. Nie było wiatru, ale liście na wyższych krzakach porastających brzeg rzeki zaczęły się trząść i szeleścić. Podobnie trzciny. Wcale się nie kładły, tylko jakby dygotały. Wszystko drgało, stawało się nieostre, tak jakby ktoś ujął świat w dłonie i nim potrząsnął. Powietrze syczało. Ludzie za zamkniętymi drzwiami szeptali…
