
Balveda parsknęła złowieszczym śmiechem.
— Święte słowa, Horza.
— Mimo wszystko dziękuję ci.
— Za co?
— Podbudowałaś moje morale.
— Och, idź już sobie… — westchnęła.
Miał ochotę zmierzwić jej krótkie ciemne włosy, uszczypnąć w policzek, ale nie uczynił tego, ponieważ wiedział, że w ten sposób jeszcze bardziej by ją pognębił. Zbyt dobrze znał gorycz porażki, żeby pogarszać i tak już wystarczająco nieprzyjemną sytuację godnemu, walczącemu z otwartą przyłbicą przeciwnikowi. Bez słowa wyszedł z celi.
— Ach, Bora Horza! — powitał go grzmiący głos Xoralundry. Querl wyłonił się z mgiełki wypełniającej korytarz. Wartownik pełniący straż przy drzwiach celi wyprężył się na baczność i zdmuchnął jakiś niewidoczny pyłek z lufy karabinu. — Jak się miewa nasz gość?
— Nie najlepiej. Przed chwilą odbyliśmy krótki pojedynek na argumenty i chyba wygrałem na punkty — powiedział Horza z uśmiechem. Xoralundra zatrzymał się i spojrzał na niego z góry.
