
— Obiekt/przechwytywanie…
— Wiem, wiem! — warknął.
Wydobył z ukrycia pistolet i sprawdził gotowość laserów, wyłączył natomiast gazowe mikrosilniczki. I tak nie udałoby mu się uciec. Ponownie znalazł się w stanie nieważkości. Mała czerwona plamka niezmordowanie migała na wizjerze, wskazania bocznych ekranów świadczyły zaś o tym, że źródło promieniowania zbliża się po łagodnej krzywej w przestrzeni rzeczywistej z prędkością równą około 0,01 prędkości światła. Radar działał w zakresie niższych częstotliwości i był dość słaby; ani Kultura, ani Idirianie nie korzystali już z tak archaicznego sprzętu. Horza polecił skafandrowi zdjąć obraz z wizjera, po czym włączył powiększenie i skierował wzrok w miejsce, gdzie po raz ostatni widział migającą plamkę. Kątem oka przez cały czas obserwował wskazania ekranu informującego o prędkości tajemniczego obiektu. Wciąż spadała. Czyżby ktoś zamierzał wziąć go na pokład?
W polu widzenia mignął mu jakiś rozmazany kształt. Był już bardzo blisko. Radar przestał działać. Horzy zaschło w gardle, ręce drżały mu w trochę za luźnych rękawicach skafandra. Nagle w wizjerze eksplodowała rozwleczona zamazana czerń, wyłączył więc powiększenie i podążył wzrokiem za pędzącym w śmiertelnej ciszy obiektem. Włączył punktowy radar, żeby określić odległość dzielącą go od intruza, ale chybił; smoliście czarny kształt przemknął bezgłośnie, zasłaniając na chwilę gwiazdy, a chwilę potem w próżni zapłonęły dwa bliźniacze złociste słońca; tajemniczy obiekt włączył silniki kierunkowe.
— Obiekt…
— Cisza! — syknął Horza i odbezpieczył pistolet. Czarny kształt pojawił się znowu, tym razem prawie dokładnie przed nim.
