
Zaraz potem, w stanie histerycznego rozbawienia, które często ogarnia ludzi skazanych na bezczynne statystowanie w skrajnie niebezpiecznych sytuacjach, począł rozmyślać, czy przyspieszyłby śmierć, dolewając łzy do pomyj. Teoretycznie tak, praktycznie jednak również nie miałoby to żadnego znaczenia.
Później po głowie zaczęło mu się kołatać to idiotyczne zdanie.
„Jinmoci z Bozlena Dwa likwidują dziedzicznych…” Ciecz — słyszał ją i wyczuwał stanowczo wyraźniej, niżby sobie tego życzył, a z pewnością również widziałby ją, gdyby otworzył swoje niezwykłe oczy — zafalowała lekko i na chwilę zatkała mu nozdrza. Smród był tak potworny, że żołądek podszedł mu do gardła, ale również tym razem jakoś się opanował, potrząsnął głową i odchylił ją jeszcze bardziej do tyłu, zyskując bezcenne dwa lub trzy milimetry. Znowu mógł oddychać.
Ale jak długo? Na próbę poruszył spętanymi rękami; nic z tego. Potrzebował jeszcze co najmniej godziny, tymczasem w najlepszym razie zostało mu kilka minut.
Zresztą i tak nie był w stanie utrzymać się w transie. Niemal całkowicie odzyskał świadomość, zupełnie jakby jego mózg pragnął w pełni zaznać smaku śmierci. Próbował myśleć o czymś pięknym i wzniosłym, usiłował przywołać obrazy z dzieciństwa, przypomnieć sobie twarz ukochanej sprzed lat, odkryć znaczenie niezrozumiałego do tej pory proroctwa albo przepowiedni… Nic z tego. W głowie miał pustkę, w pustce brzęczące bezsensownie zdanie, dokoła zaś ścieki, w których czekała śmierć.
Przeklęte staruchy, pomyślał. Jednym z nielicznych przejawów ich oryginalności oraz poczucia humoru było tworzenie nowych rodzajów śmierci. Z pewnością znakomicie się bawili, wlokąc sflaczałe cielska do toalety obok sali bankietowej, żeby całkiem dosłownie nasrać nieprzyjaciołom na głowy i w ten sposób się ich pozbyć.
