
Spojrzał na Balvedę, jakby oczekiwał potwierdzenia słuszności swoich słów, ale spotkał go zawód.
— To również bardzo dumna, starożytna rasa — zauważyła, przesuwając dłonią po włosach. — Zostało ich już niewielu. Ministrze, czy mogę powtórzyć swoją prośbę? Darujcie mu życie. Mógłby…
Gerontokrata gwałtownie machnął wychudzoną szponiastą ręką i skrzywił się z odrazą.
— Nie ma mowy! Byłoby dobrze, panno Balvedo, gdyby wreszcie przestała się pani wstawiać za tym… za tym mordercą, zabójcą, za tym podstępnym szpiegiem! Czy naprawdę uważa pani, że możemy przejść do porządku dziennego nad zuchwałym zabójstwem i podszywaniem się za jednego z naszych ministrów? Ciarki mnie przechodzą na samą myśl i szkodach, jakie mógłby wyrządzić ten potwór! Dwaj strażnicy, których zadrasnął podczas aresztowania, już nie żyją, trzeci oślepł po tym, jak to… to monstrum napluło mu do oczu… — Starzec uśmiechnął się złośliwie. — Na szczęście udało nam się wyrwać mu zęby jadowe i unieruchomić ręce, żeby nie mógł się zranić. — Ponownie przeniósł spojrzenie na Balvedę. — Powiada pani, że jest ich niewielu? I bardzo dobrze. Wkrótce będzie o jednego mniej. — Zmrużył oczy. — Jesteśmy wdzięczni pani i jej ludziom za pomoc przy zdemaskowaniu przestępcy, ale to jeszcze nie oznacza, że może nam pani dyktować, co mamy robić. W naszej Gerontokracji są i tacy, którzy opowiadają się stanowczo przeciwko uleganiu jakimkolwiek zewnętrznym wpływom, a w miarę jak wojna zbliża się do naszych granic, ich głos przybiera na sile. Choćby z tego powodu nie powinna pani antagonizować tych, którzy są waszymi sprzymierzeńcami.
Balveda zacisnęła usta, złączyła szczupłe ręce za plecami i ponownie opuściła wzrok, natomiast Amahain-Frolk wycelował świecącą pałkę w więźnia.
